Dziennikarstwo obywatelskie
Fotograf ślubny z Lublina
ARTYKUŁ POLECANY
19 lutego 2010 r.
Komunikat: artykuł o tym numerze nie istnieje lub jest niedostępny
Rodzaj: Reportaż
Dodano: 19 lutego 2010 r., 01:37:43
Region: Polska > łódzkie
Ostatnia aktualizacja: 19 lutego 2010 r., 09:51:20
Let Me Show You The Universe In My Eyes
Czwartek, 11/02/2010, 20:59, Łódź, Atlas Arena, Sector R, miejsce 9, około 25 metrów od sceny. Nerwowe oczekiwanie na Świętą Trójcę. Czuje się narastające napięcie i zniecierpliwienie. Tłum skanduje: Depeche Mode, Depeche Mode - jednocześnie klaszcząc w dłonie. Ponad 15 000 wiernych nie może się doczekać swoich proroków…
…21:00, Arenę ogarnia światłość, a tłum staje się coraz głośniejszy. Na Arenie pojawia się brazylijska fala w wykonaniu wiernych. Na obracającej się kuli, która jest częścią telebimu pokazuje się skrót DM. Na scenę jako pierwszy wchodzi Andrew Fletcher i kieruje się w stronę keyboardów. Następnie, w srebrnej „sutannie” podąża Martin L. Gore, zaopatrzony w gitarę. Zaraz za nim wchodzą Chrystian Eigner i Peter Gordenu, którzy będą wspomagać dzisiaj naszych proroków. Na koniec w czarnym garniturze wchodzi on, mesjasz, sam Dave Gahan i kłania się nam, wiernym w pas. Po chwili chwyta w dłonie mikrofon, za pomocą którego przeleje prorocze słowa na wyznawców, napełniając ich czarne, spragnione dusze światłością. Wierni dają upust swojej euforii, gwiżdżąc, klaszcząc i skandując coraz głośniejsze: Depeche Mode, Depeche Mode
Zaczyna się kolejna już Czarna Liturgia - Let’s have a Black Celebration. Wierni są spragnieni głosu swoich proroków. Od ostatniej mszy minęło trochę czasu. Wszyscy są ciekawi, jakiego zestawu kazań przyjdzie im dzisiaj wysłuchać.
Długo nie muszą czekać. Martin zaczyna szarpać struny gitary. Dave rzuca z ambony pierwsze słowa utworu IN CHAINS, - the way you move has got me yearning, the way you move has left me burning, które pochodzi z nowej ewangelii, zatytułowanej SOUND OF THE UNIVERSE. Christian wspomaga ich obu swoją perkusją. Martin wyje przy mikrofonie, a Dave naucza. Na telebimie pojawiąją się dwie twarze, starca i chłopca. Po co? W czasie kazania następuje metamorfoza, starzec przemienia się w chłopca i na odwrót. Co to może dla nas oznaczać? Z zawieszonej nad telebimem kuli wydobywają się kłęby dymu. A fani jak w transie wprowadzają słowa mesjasza w życie i zaczynają jeszcze bardziej ruszać swoje czarne dusze, by rozgrzać jego prorocze serce. Jasność ogarnia scenę. IN CHAINS, to dobre określenie panującej atmosfery. Wszyscy jesteśmy skuci łańcuchem, który nazywa się DEPECHE MODE. Każdy dał się skuć jakiś czas temu dobrowolnie. Wyrzucam z siebie na zakończenie wraz z Davem i Martinem, - I am in chains, in chains. Światła gasną, Dave zdejmuje swoją marynarkę, nastaje przerwa, ale nie trwa zbyt długo…
… bo pierwsze rytmy kolejnego kazania zdradzają WRONG. Za każdym wyrzucanym przez Dave’a i Martina słowem WRONG, scenę wypełnia czerwonokrwista poświata. Dave przechodzi do meritum i zaczyna się nauczanie wiernych. - I was born with the wrong sign, in the wrong house, a hala ciągnie razem z nim. „Trans” - to najtrafniejsze określenie, które przychodzi mi na myśl, by opisać zachowanie swoje i tysięcy fanatyków takich jak ja. Skupiają się, by wychwycić moment refrenu, aby śpiewać razem ze swoimi prorokami WRONG, WRONG. Kiedy nadchodzi pora Martin wspomaga przyklejonego do mikrofonu Dave’a. Fenomenalny głos całkowicie oddaje dekadentyzm wykonywanego utworu. Dave w pewnym momencie ucisza wiernych przykładając palec do swoich ust. Spoglądam na arenę. Nastaje grobowa cisza. Fani wyglądają na sparaliżowanych. Stoją nieruchomo. Nagle Dave daje sygnał i reagują jedynie na słowa WRONG, jakby to one wyzwalały w nich chęć do jakiejkolwiek reakcji. Jedyne co przychodzi mi w tej chwili do głowy to hipnoza. Żadne inne słowo nie jest w stanie opisać tego zjawiska. Końcówka jest powalająca. Wszyscy jednocześnie krzyczą - WRONG. Koniec, proroctwo zostało przekazane. Krótka przerwa i…
- we are here, we can love, we share something, jakże słowa HOLE TO FEED pasują do tego miejsca. Jak bardzo odnoszą się do tysięcy wiernych, którzy śpiewają, by nie powiedzieć krzyczą na całe gardła wraz ze swoim mesjaszem. Zostajemy nakarmieni. Naszą pożywką jest każdy ruch Dave’a, który zaczyna swój Dave Dancing przy mikrofonie. Martin wspiera go swoim unikalnym głosem i gitarą. Obaj nauczają. Każde ich słowo, każdy dźwięk wydobywający się z gitary Martina i keyboardów Petera i Fletcha trafiają w rozgrzane dusze wiernych. Nie ma mowy o żadnych zamrożeniu, o którym mówią słowa utworu, o żadnym wstydzie. - Your words and their kindnes, have set me free, te słowa, ich wielkość nas uwolni. Nas i nasze spragnione proroctw dusze. Christian udziela się na swojej części ambony. Publiczność szaleje, daje upust swojej radości. - We are here, we can love, we share something, wylatuje ponownie z gardeł wiernych. Wszyscy klaszczą. Janość ogarnia ambonę. Tysiące rąk w górze, a Dave kończy - Is another hole to feed. My wierni razem z nim. Nasze spragnione dusze zostały po części wypełnione słowem. Na całe szczęście to jeszcze nie koniec. Dave krzyczy - thank you, thank you very much, good evening Łódź. O dziwo miejsce nauczania wypowiada poprawnie, a halę wypełnia euforia…
… co będzie teraz? O czym będzie prawił jeden z naszych ojców? Przecież to oni nas stworzyli. Można powiedzieć: na swoje podobieństwo. Chwila przerwy, Dave musi zaczerpnąć powietrza i zaspokoić pragnienie. Powolnie, wręcz ślamazarnie rozpoczyna się WALKING IN MY SHOES. Jestem wdepechemodewzięty. Dave unosi w górę stelaż z mikrofonem. Na telebimie lata jakieś ptactwo, niczym w filmach Hitchcocka. Czy to moment, w którym rozdziobią nas kruki i wrony? Słucham tego kazania po raz wtóry i za każdym razem nie mogę się mu oprzeć. Martin podskakuje ze swoją gitarą. Kiedy nadchodzi refren zaczynam z Davem i Martinem - try walking in my shoes, if you try walking in my shoes, try walking in my shooooooooooooooooooes. Nie przestaję. Ciągnę jednym tchem, tak jak oni. Udaje mi się, dotrzymuję im kroku. Niesamowite uczucie. Nirwana, pełna satysfakcja, że chociaż raz udaje się zrobić, jak przykazali. Zaraz po wyrzuceniu ostatniego słowa zaciągam się powietrzem, by się nie udusić. Jeśli chcecie zobaczyć jak to być wiernym musicie postawić się na moim miejscu. Dalej już tylko melodia, która koi ból w postaci nadwerężonego gardła. Kto by się tym jednak przejmował?! Trzeba przygotować się na kolejne kazanie, które niebawem nadejdzie…
… przychodzi pora na IT’S NO GOOD. Melodyjne proroctwo, które dociera do każdego z nas. Martin zaczyna kazanie swoją gitarą. Chylę czoła, bo kreowane przez niego dźwięki porażają moją psychikę. Dave wyrywa energicznie mikrofon ze stelaża i zaczyna - I'm going to take my time, I have all the time in the world - wylatuje w eter. - I'll be fine, I'll be waiting patiently - chyba wszyscy się tak czują, czekaliśmy cierpliwie. Swoją drogą, jedynie mesjasz może to wiedzieć.
On wie, widzi każdy nasz ruch. Telebim rozświetla jego twarz. My, wpatrzeni w niego. Coś niesamowitego, z jakim oddaniem przekazuje nam swoje słowa. Do kazania włącza się Martin, szarpiąc struny gitary. Zaraz po pierwszych słowach jego twarz pojawia się na ekranie. Przekaz staje się dobitniejszy. Andrew wylewa siódme poty przy keyboardzie. Kwintesencja mszy. Odnoszę wrażenie, że hala trzeszczy w posadach. Trzęsie się, tego jestem pewien. Gdy nadchodzą końcowe strofy kazania Dave rozkazuje - singing - don't say you're happy out there without me, I know you can't be, cause it's no good, jakże prawdziwe słowa. Żaden z nas wiernych nie może być szczęśliwy bez naszych proroków, dlatego wszyscy tutaj jesteśmy, by obcować z nimi. Halę ogarnia mrok…
… by nagle rozświetlić się przy rytmach A QUESTION OF TIME. Światła kierują się na wiernych stojących najbliżej ambony. Dave szaleje z mikrofonem. - I've got to get to you first before they do, it's just a question of time, tak to jedynie kwestia danej chwili, ta chwila jest najważniejsza. W końcu nadeszła. Nikt się nie oszczędza. Wszyscy równo jak jeden mąż wykrzykują słowa kazania - It's just a question of time, it's running out for you, it won't be long until you'll do, exactly what they want you to. A na ambonie Dave zaczyna kręcić swoje spektakularne kołowrotki. Przecież nie jest już pierwszej młodości. Patrząc na niego odnoszę wrażenie, że czas nie ma na niego wpływu. Tak samo zachowywał się przy tym kazaniu na poprzedniej liturgii, PLAYING THE ANGEL, w której również brałem udział kilka lat temu. Scena zamienia się w istne słońce. Momentami muszę odwrócić wzrok, światło tak mocno razi moje oczy. Nie obawiam się jednak, że oślepnę. Jeśli tak będzie, to pewnie nie będę osamotniony, więc wlepiam swój wzrok, ile tylko wlezie na to, co się dzieje na ambonie. Nadchodzi wcale nie upragniony koniec, a Dave wznosi ręce do góry i daje znak do klaskania, co też zaraz czynimy. Trwa to do końca kazania. Światła gasną, prowadzący mszę potrzebują chwili odpoczynku…
… słychać gromkie Depeche Mode, Depeche Mode. Rozpoczyna Martin grą na gitarze. Mesjasz uzupełnia płyny, by po chwili zacząć - precious and fragile things, need special handling - tak, potrzebujemy chwili odpoczynku, specjalnego traktowania, by zaczerpnąć powietrza. Swoją drogą, jak skrzętnie dobrany jest repertuar kazań. Jak “perfidnie” dozowane jest napięcie, by zaraz potem nastąpił relaks naszych dusz. Jakże wielkie jest miłosierdzie proroków. Możemy to osiągnąć właśnie w czasie PRECIOUS, które się zaczęło. Nasi prorocy leją miód na nasze zmęczone ciała. Przy nim można się odprężyć. Na taki rarytas możemy sobie jednak pozwolić my, wierni. Prowadzący wychodzą na środek sceny. Dave krzyczy - Martin, a ten uderza coraz energiczniej w struny swojej gitary. Zaraz po tym Dave podchodzi do niego i opiera się plecami w trakcie, kiedy ten gra na gitarze. Tworzą jedność. Kilka metrów dalej swoimi zdolnościami gry na keyboardzie wspomaga ich Fletch. Po raz kolejny scenę wypełnia jasność, a na stojących pod sceną wiernych padają niebieskie promienie. Przypomina to morze, bardziej chyba niebo. Coś niesamowitego wręcz. Jestem w niebie - and keep room in your hearts for two. Trzymam miejsce w moim sercu dla nich, dla moich proroków, którzy kończą swoje moralizowanie…
… nadchodzi czas na kolejne kazanie. Pierwsze rytmy zdradzają magnetyczne WORLD IN MY EYES. To oznacza tylko jedno. Święta Trójca zabierze nas w świat i pokaże go nam swoimi oczami. Nikt z nas nie oponuje, nikt nie śmie. Scena nabiera niebieskiego koloru. Na telebimie ukazuje się Dave i zaprasza - let me take you on a trip, around the world and back, and you won't have to move, you just sit still. Zwiedzanie czas zacząć. - let me show you the world in my eyes, nikt z nas rzeczywiście nie potrzebuje mapy. Całkowicie oddajemy się mesjaszowi, pozwalając by jego ciało do nas mówiło. Wszystkie te lądy, wszystkie oceany, całe Niebo i emocje z tym związane mamy tutaj, za darmo. Jeśli tak ma wyglądać Niebo, to wszyscy z nas chcą w nim pozostać na wieczność. - nothing more than you can feel now, that’s all there is czy też - nothing more than you can touch now, that’s all there is, te słowa w pełni oddają atmosferę, która panuje obecnie w Arenie. To już nie jest Arena, to świat widziany oczami wiernych. W oddali słychać elektryzujące brzmienie keyboardów Fletcha i Martina. Ten drugi w czasie refrenu dokłada swoje wokalne ekspresje na temat przedstawianego świata. Świata Depeche Mode, w którym od dawna przecież się znajdujemy. Światła ponownie gasną, a na ambonę wychodzi…
… drugi z proroków, Martin. To znaczy, że teraz on przejmie nauczanie. Podchodzi do mikrofonu, a ambonę zalewa kolor purpury. Piorunujące wrażenie i zarazem odniesienie do pewnej wiary. A przecież mamy, jak mniemam ostatki. Po nich nadejdzie adwent i post. Posucha związana z brakiem fizycznej obecności naszych proroków. Po kilku rytmach wiemy, że przyszedł czas na JUDAS. Martin zaczyna swoje ekspresje wokalne - is simplicity best, or simply the easiest. Jego głos różni się diametralnie od głosu Dave’a. Nie jest tak ostry, choć równie elektryzujący. Obaj wzajemnie się przez to uzupełniają. Przychodzi pora na drugą część kazania - man will survive, the harshest conditions. I ta gitara. Dodaje smaczku kazaniu, coś niesamowitego, jak współgra z całością. Peter wspomaga go na keyboardzie. Wspaniałe połączenie gitary i dźwięków klasycznego fortepianu. Hala reaguje energicznie na słowa - cheating Judases, doubting Thomases. Te słowa wylatują z tysięcy gardeł w momencie, gdy Martin wyrzuca je z siebie. Nikt tu jednak nie oszukuje i nie wątpi, że przed nami są nasi prorocy. Błogosławieni, którzy przybyli i zobaczyli to prorocze dzieło na własne oczy. Większość hali unosi w górę swoje telefony i kieruje rozświetlone ekrany w stronę sceny, a Martin kończy wraz z nami - if you want my love, if you want my love, if you want my love. Tak chcemy jej wszyscy…
… to nie koniec rozpoczętego nauczania. Martin pozostaje na scenie, będzie kolejne w jego wykonaniu. Tym razem HOME. Tłum skanduje Martin, Martin, Martin. Co pcha nas, wiernych do takich zachowań? Pytanie retoryczne, nie próbuję na nie odpowiedzieć, skupiam się na chwili. Patrzę na telebim, na którym widać, jak zaangażowany w swoje słowa jest Martin. Chcę w pełni oddać się głoszonemu właśnie słowu. Wspomagamy go swoimi gardłami - and I thank you for bringing me here, for showing me home, for singing these tears, finally I've found that I belong here. To niesamowite, jak po raz kolejny już słowa oddają atmosferę chwili. To oni nas tutaj sprowadzili swoim proroctwem. My odwdzięczmy się im śpiewając wraz z nimi słowa, które dla nas stworzyli. Każdy z nas należy do jednej wielkiej rodziny. Martin wchodzi w niskie tony i nuci swoje - ooooooo, oooooooo, ooooooo, oooooooo. Kończy, wznosi i kieruje w naszym kierunku swe dłonie, a my nie przestajemy. Kontynuujemy wydalanie z siebie sentencji zapoczątkowanej przez niego…
… niesamowite, jak można być jednomyślnym. Martin zmienia swoje miejsce na ambonie. Do mikrofonu podchodzi Dave, a my, tłum nadal wyrzucamy - ooooooo, oooooooo, ooooooo, oooooooo. Widać, że Dave się uśmiecha i spogląda w stronę Martina, na twarzy którego pojawia się uśmiech i satysfakcja, że udało się do nas dotrzeć. W takich warunkach zaczyna się COME BACK. - Come back, come back to me, I’ve been waiting patiently - wylatuje z gardła Dave’a. Równie dobrze te same słowa moglibyśmy zaśpiewać my, wierni. Tak też się staje i z tysięcy gardeł wyrywa się - come back, come back to me, I’ve been waiting patiently. Czekaliśmy cierpliwie i zostaliśmy nagrodzeni dwoma celebracjami, jedną po drugiej. Na telebimie wszechświat. Mijamy gwiazdy z prędkością światła. Wszystko rozmyte, ale umysły jakże jasne. Oświecone przez słowa i muzykę. - Weeks turn into months, months turn into years, reaching the same conclusions - te słowa mówią same za siebie, nic więcej nie trzeba dodawać, jedynie skończyć je śpiewać z naszym mesjaszem. Ostatni raz idzie w eter - come back. Cała płyta i trybuny szaleją w ekstazie…
… ostre brzmienie gitary zdradza POLICY OF TRUTH. Moje ulubione kazanie z ewangelii zatytułowanej VIOLATOR. Zabrzmi to patetycznie, ale to ono pojawi się na moim pogrzebie, to już postanowione. Przy rytmach tego kazania chcę odejść. - You had something to hide, should have hidden it, shouldn't you - zaczynamy wraz z Davem. Wraz z pierwszymi słowami cała Arena pokrywa się wyrzucanymi w górę balonami. Piorunujące wrażenie. Sam Dave w przerwie pomiędzy kolejnymi strofami wychodzi na molo ambony i brnie przez rzucane w jego kierunku balony.
Widać, że jest zaskoczony, nie ukrywa tego. Na jego twarzy pojawia się satysfakcja. Balony szaleją, a tysiące dłoni wraz z nimi. - For delivering the prof, in the policy of truth - to jest nasz dowód, nasze oddanie wierze. To jest nasza droga prawdy. Niektórzy z nas obrali ją dawno temu. Oddali się w ręce naszych proroków. Dave kieruje w stronę wiernych mikrofon, a my zaczynamy - you'll see your problems multiplied, if you continually decide, to faithfully pursue, the policy of truth - by kończyć razem z nami - never again, is what you swore, the time before. Przysięgamy na zawsze być wiernymi. Kazanie dobiega końca, a balony nadal unoszone są w powietrzu…
… chwila przerwy i zaraz zaczniemy ponownie. - IN YOUR ROOM, where time stands still, zaczyna nostalgicznie Dave. Gdyby to było tylko możliwe wszyscy zebrani na hali fani chcieliby, aby naprawdę czas zatrzymał się w miejscu. Ale trwająca właśnie msza z każdym kolejnym kazaniem w postaci utworu nieuchronnie zbliża się ku końcowi. I tak jak w przypadku WRONG, tak również teraz dominującym kolorem jest czerwień. Z tą różnicą, że teraz czerwień nieprzerwanie wypełnia ambonę. Prowadzący, zawieszony na stelażu mikrofonu wylewa z siebie boskie poty, by tylko zadowolić zebranych. Martin, również i teraz go wspiera go werbalnie - in your favourite darkness, your favourite half-light, your favourite consciousness, your favourite slave. Słychać ostre brzmienie gitary, która porywa tłum. Tak, jesteśmy niewolnikami ciemności, a jeśli nie niewolnikami, to z pewnością wiernymi. Tuż za nim, na telebimie pojawia się twarz Dave’a, a tłum czeka, by po raz kolejny pokazać swoje oddanie przez refren kazania. - I’m hanging on your words, living on your breath, feeling with your skin, will I always be here - śpiewane przez rzesze wiernych robi wrażenie nawet na samym Dave’ie. Każdy z nas chciałby zostać w tym pomieszczeniu na zawsze, by łowić każde słowo wypowiedziane przez niego…
… łowienie trwa nadal. Słychać mocne uderzenie perkusji, jak również ostre brzmienie gitary. Rozpoczyna się I FEEL YOU. Martin szaleje z gitarą. Christian swoją perkusją dodaje kolorytu, tak jak to robił swego czasu Alan. Istnie rockowe kazanie. Dave kipi energią i nie może ustać w jednym miejscu. Trzymając mikrofon biega po scenie, by w końcu zacząć - I feel you, your sun it shines, I feel you, within my mind - a ja, wraz z tysiącami fanów razem z nim. Kiedy nadchodzi pora włącza się Martin i daje upust swoim wokalnym zdolnościom. Jego głos jest niesamowity. Wyciąga, robi to, czego Dave nie byłbym w stanie zrobić. Razem prawią - this is the morning of our love, it's just the dawning of our love. Tak, czujemy to wszyscy. To jest poranek naszej miłości, to jest świt naszej miłości, miłości do naszych proroków i ich głoszonego słowa, którym nas obecnie darzą. W połowie kazania Dave i Martin udają się w stronę Christiana i jego perkusji. Zastanawiam się, po co? Po kilku chwilach wszystko staje się jasne. Odbywa się bicie pokłonów przed perkusją. Wracają na środek ambony i Martin kontynuuje kazanie, a z ust Dave’a wylatuje żądanie - singing. Nie musi długo czekać, w eter idzie głos tysięcy gardeł - this is the morning of our love, it's just the dawning of our love. Martin daje upust swojej nieskończonej energii uderzając w struny gitary. Muzyka milknie, światła gasną…
… nadchodzi moment na „rozkoszowanie się ciszą”. W ruch idą keyboardy Fletcha i Petera, a Dave osusza swoje ciało ręcznikiem przy perkusji Christiana. Martin ciągle dzierży gitarę. Swój proroczy atrybut. Z ust Dave’a wylatują w stronę wiernych pierwsze słowa ENJOY THE SILNCE, - words like violence, break the silence. Wierni jak na zawołanie łamią bezlitośnie ciszę, która pojawiła się po zakończeniu poprzedniego kazania. Z oddaniem wspomagają swymi gardłami mesjasza, a on wypowiada swe słowa - yeah, that’s right. Wbiega na przedłużenie sceny. To przychodzi czas na refren. Pomimo, że Dave krzyczy - come on, singing, wszyscy wiedzą, o co chodzi i chórem wyrzucają w kierunku ambony, na końcu której stoi nasz mesjasz z wyciągniętym mikrofonem - all I ever wanted, all I ever needed is here in my arms. Zaczyna swój Dave Walking, by w końcu namaścić przez dotyk swych dłoni tych najbliżej ambony. Krzyczy - come one let’s see your hands. Jednocześnie nadchodzi czas Martina. Najbliższe chwile będą należeć do niego. Przez kilkadziesiąt sekund to on i jego gitara będę niosły przesłanie po drugiej stronie ambony. Fanom ukazuje się na telebimie wielka trójka w kombinezonach kosmonautów. To oznacza tylko jedno, to naprawdę jest głos wszechświata. Niech ta „cisza” trwa wiecznie, niech nigdy się nie skończy…
… cisza, to nie jest to, czego teraz oczekujemy. Celebracja trwa nadal. Po pierwszych uderzeniach Fletcha w klawisze okazuje się, że będzie NEVER LET ME DOWN AGAIN. Tłum rozgrzany do czerwoności, kieruje ręce w stronę swojego bożyszcza. Tego się nie da opisać. Niewierzący nie zrozumieją o co w tym wszystkim chodzi. Do tego trzeba być wyznawcą, by nie powiedzieć, że fanatykiem. Ponad 15 000 gardeł startuje razem z nim - I’m taking a ride with my best friend, I hope he never let me down again. Nie wykorzystują jednak całego swojego potencjału. Czekają na refren, by pokazać swoje całkowite zaangażowanie w głoszone słowa. Jest, nachodzi długo wyczekiwany moment, a Dave kieruje swój mikrofon w stronę wyznawców. Nie po raz pierwszy zresztą w czasie tej celebracji. To znak. Halę ogarnia jasność, wszyscy śpiewają - we’re flying high, we’re watching the world pass us by. Na twarzy mesjasza widać zadowolenie. Tak, to jest to, czego oczekuje. Takich wyznawców mu właśnie potrzeba. Słowa milkną. Słychać samą muzykę. Dave daje znak do falowania rękami. Zauroczony tłum widząc znak swojego mesjasza oddaje się w pełni w jego władanie. Po kilku sekundach Atlas Arena faluje. Dave wybiega na przedłużenie sceny. Z odległości 25 metrów wydaje się, że biegnie po falach. Wybraniec, posiadający nadprzyrodzone zdolności, który zgodnie ze słowami głoszonego kazania ma nadzieję, że jego wyznawcy - nigdy Go nie zawiodą. I tak będzie, to jest niepodważalne, kiedy patrzy się na nich…
… następuje długa przerwa, główne kazania dobiegły końca. Bogowie zeszli ze sceny. Nie jest to jednak koniec ewangelii. Przyzwyczaili nas już do tego. Na deser musimy sobie zasłużyć, musimy im pokazać, że tego właśnie chcemy. Gromkie brawa, skandowanie - Depeche Mode, Depeche Mode daje rezultaty. Wydaje się jednak, że te chwile trwają wieczność. Spragnieni nie możemy się doczekać ponownego wyjścia naszych bogów. Wreszcie są, pojawiają się w blasku fleszy aparatów i telefonów komórkowych. Na ambonę wchodzą jedynie Martin i Peter. To znak, że znów do głosu dojdzie Martin. To znowu on będzie nas nauczał. Światła gasną. Zaczyna się, przechodzą mnie ciarki. Nie po raz pierwszy przy tym kazaniu. To normalne, nic się nie zmienia. Ten utwór zawsze mnie powalał. Martin chwyta mikrofon i zaczyna - well I'm down on my knees again and I pray to the only one. Tak, padamy przed Tobą na kolana, modlimy się do Ciebie, bo jesteś jedyny. Te słowa zdradzają ONE CARESS. Z ust naszego proroka pada - oh girl, lead me into your darkness - a my kontynuujemy wraz z nim - just one caress, from you and I'm blessed. Tylko jedna pieszczota pochodząca od Ciebie i będziemy pobłogosławieni, już jesteśmy. Te wszystkie elektryczne skrzypce i kontrabas, jak mi się zdaje, wzmagają poczucie brania udziału w prawdziwej mszy. Dodatkowo na telebimie ciągle widnieje kolor purpury. Nie wiem jak innych, ale mnie doprowadza do ekstazy. Nie mówiąc już o końcówce kazania, kiedy to Martin wchodzi w swoje mszalne tony. Szczerze mogę powiedzieć, że zostałem pobłogosławiony. Prorok kończy swoje ostatnie kazanie…
… na ambonę ponownie wchodzi Dave. Nadal trwają podziękowania dla Martina za ONE CARESS. Dave „przedstawia” go publiczności, a on staje za keyboardem i odstawia swoją mantrę w postaci kiwania głową. Mesjasz wspomaga się napojem bogów. W tle zaczyna się STRIPPED. Elektryzuje, to kawałek z prawdziwej czarnej mszy, BLACK CELEBRATION. Dave przyjmuje postać krzyża, by zaraz po tym zacząć - come with me, into the trees, we'll lay on the grass, and let the hours pass. Przyznam, że to kazanie na mnie nie działało, dopóki po raz pierwszy nie usłyszałem go na żywo. Od tamtej pory jestem w nim zakochany. Trafia do mnie. Dave chwyta stelaż z mikrofonem i szaleje na scenie, by w następnej chwili „rozkazać” - let me see you, stripped down to the bone, let me see you, stripped down to the bone. Nie jesteśmy osamotnieni, wspomaga nas swoim wokalem Martin. Na telebimie, na przemian pojawiają się twarze Dave’a, Martina, Christiana, Andy’iego i Petera. Dave krzyczy - come on let’s see your hands. Tysiące dłoni wędruje w górę. Zaczyna się końcówka kazania, wszyscy zaczynają klaskać. Dave rzuca - thank you
… widzę z daleka jak Martin chwyta za gitarę i staje obok Dave’a na środku ambony. Domyślam się, że będzie to coś mocnego, coś elektryzującego i magnetycznego. Wszak msza zbliża się nieubłaganie ku końcowi. To musi być coś ekstra i rzeczywiście jest. Pierwsze szarpnięcia strun zdradzają BEHIND THE WHEEL. Martin w roli głównej, wszystkie światła skierowane są na niego. Na telebimie pojawia się żółto-czarna szachownica, po chwili pulsuje bielą. Cóż za kontrast?! Dave podbiega do mikrofonu i zaczyna razem z Martinem - my little girl, drive anywhere, do what you want, I don't care, tonight. Tak, dzisiaj wszystko jest nieważne, ważna jest jedynie ta noc. Dave rzuca - oh yeah. Tysiące dłoni klaszcze w rytm kazania, a prorocy ciągną dalej. Martin z zapamiętaniem szarpie struny gitary i wspomaga swym głosem Dave’a. Hipnotyzują, po prostu hipnotyzują. Dave paraduje po całej ambonie z mikrofonem. Staje w miejscu i śpiewa - you're behind the wheel, tonight. Tysiące gardeł wraz z nim. Po zakończeniu odchodzi w głąb ambony, światła gasną, a…
… na środek wychodzi Martin. Powolne, rytmiczne szarpanie strun. Ten odgłos elektrycznej gitary powoduje u mnie powstanie gęsiej skórki, niebywałe wręcz podniecenie. Wiem co te dźwięki oznaczają. To spowolnionymi krokami nadchodzi PERSONAL JESUS. Dave, uwieszony na stelażu mikrofonu czeka na odpowiedni moment i prowadzi swój monolog - your own personal Jesus. Nagle ostre uderzenie gitary i perkusji. Z tysięcy gardeł, również i tego najważniejszego - Dave’a wydostaje się - reach out and touch faith. Wraz z tymi słowami halę ogarnia jasność. Drży w posadach, dosłownie. Daje się odczuć wibracje fundamentów. Czy wytrzymają? Chyba nikt się nad tym nie zastanawia. Na telebimie pojawia się znak krzyża. To Dave w charakterystycznej dla siebie pozie. Zaraz po nim kobiece kształty pojawiają się na telebimie, wow. Nie ma mowy o jakiejkolwiek ascezie, to nie to wyznanie. Tutaj chodzi o zadowolenie, ta wiara nieść ma zadowolenie właśnie. - Your own personal Jesus - prawione wraz z Martinem uwieszonym na swojej gitarze, dającym swój popis na żądanie Dave’a. Ta gitara mnie zniewala, elektryzuje, poraża. Dave szaleje na ambonie. W przypadku tego kazania słowo „Jesus” oznacza zdecydowanie innego zbawiciela. - I’m believer - wyrzucane z gardeł kilku tysięcy wiernych na wyraźną komendę mesjasza, który kieruje mikrofon w naszą stronę - reach out and touch faith. Dawno zostało zmodyfikowane na - reach out and touch Dave. Tłumacząc na język pogan: jesteś wierzący, osiągnij i dotknij Dave’a. Wychodzi na sam koniec molo i żąda jeszcze jednego potwierdzenia naszego oddania - reach out and touch faith - by na zakończenie szaleć koło grającego Martina…
… to definitywnie ostatnie kazanie, nie będzie już więcej nauczania. Prorocy wychodzą na środek ambony. Dave dziękuje swoim wiernym słowami - thank you very much, see you next time. Zaraz po tym przedstawia ponownie udzielających dzisiejszego namaszczenia. Na pierwszy ogień idzie Christian, drugi Peter, kolejnym jest Andy. Cała piątka kłania się nam, śmiertelnikom. Główny mesjasz schodzi ze sceny ostatni, nadstawiając ucha, by jeszcze raz usłyszeć nasze oddanie. Tysiące gardeł wyje z radości i smutku zarazem. Schodzi ze sceny i znika. To naprawdę koniec. Koniec, który przecież był spodziewany, a jednak przeraża, bo na kolejną celebrację trzeba będzie poczekać. Nikt z nas nie ma na to najmniejszej ochoty. Dlatego co wierniejsi podążą dalej za swoimi prorokami, a reszcie pozostanie wspomnienie i nadzieja, że w niedalekiej przyszłości przyjdzie czas na kolejną ewangelię i nowy zestaw kazań.
Komentarz autora:
1. Za długi? Jakoś mnie to nie obchodzi, to moja, wyłącznie moja relacja :). Chcecie, to przeczytajcie, nie chcecie, to nie czytajcie :). 2. Zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony www.depechemode.com i są z Łodzi z dnia 11/02/2010. 3. Filmy pochodzą z www.youtube.com i są własnością fanów
Licencja artykułu:
Ten artykuł opublikowany został na licencji:
 
Historia edycji artykułu:
1.
19 lutego 2010 r., 09:51:20
kosmetyka drobna
 
OCEŃ ARTYKUŁ:
Aby oceniać lub proponować zmiany musisz się zalogować. Jeśli nie masz jeszcze konta, załóż je!
Dodaj komentarz:
Podpis:
Treść komentarza:
Pozostało 1000 znaków.
Komentarze czytelników:
(02 marca 2010 r., 10:08:18)
Każdy ma prawo, do odbioru koncertu jak mu się podoba, to jest moje odczucie. Jeśli ktoś odbierze nas, wiernych jako świrów, to sam jest świrem. Porównania do czarnej mszy, a jak tłumaczy się album Black Celebration? Biały ślub, czy czarna celebracja. Przecież nie chodzi w niej o satanizm. Jedynie człowiek ograniczony, skupiony na jednej wierze pomyśli, że właśnie o satanizm chodzi. Świadczyć to będzie o jego ograniczeniu umysłowym. Każdy ma różne podejście do cyrku. Jak można nazwać nas fanów, jak nie wiernymi. Powiedz mi, jak nazwiesz tych, którzy biegają na lotniska i sterczą pod hotelem, by tylko ich zobaczyć. To jest też dla Ciebie cyrk. Pozwól, że pozostanę w tym swoim cyrkowym świecie, a Tobie życzę trochę dystansu, bo widzę, że go nie masz. Nie masz go również w kwestii porównań, których użyłem. Zagłębij się w teksty. Przepraszam, że poczułaś się jak świr. Powiem Ci jednak, że po części każdy fan nim jest. Pytanie tylko czy ma do siebie dystans czy tego dystansu nie ma.
Gość: Wiolka
(02 marca 2010 r., 07:31:10 | IP: 194.165.48.1)
a Ty masz coś nie tak z tymi wiernymi i mesjaszem?
Słucham DM od 20 lat i różne rzeczy czytałam na ich temat, byłam też na koncercie w środę, ale to co przed chwilą przeczytałam...Moim zdaniem za bardzo wniknąłeś w swoja ksywkę "maniac". Na koncercie było megakosmicznie, a te wszystkie porównania do czarnej mszy, mesjasza i wiernych są nie na miejscu. Jak Ty przedstawiasz normalnych ludzi? Postronna osoba czytając to pomysli, że była tam banda nakręconych świrów, a nie świetni ludzie z dobrym gustem. Sorry. Za bardzo się rozpędziłeś w swoich metaforach. Zejdź na ziemię człowieku. Rozumiem Twoje uwielbienie - ja też ich uwielbiam, ale nie znaczy to by z DM i tego co nam proponują robić cyrk. PozDrawiaM.
(20 lutego 2010 r., 00:17:54)
reactor: a ja się tak boję :)
(19 lutego 2010 r., 19:26:03)
Masz rację Depechmaniac- byłoby z tobą cieńko...
(19 lutego 2010 r., 13:33:46)
tieve: jeszcze jedno, bo nie mogłem się oprzeć. Mesjasz, to hardcore? To słowa nie jest zarezerwowane tylko i wyłącznie dla jednej, tej "najlepszej" religii :), poza tym, każdy ma takiego mesjasza, jakiego chce :). Aż nie chcę myśleć, co by było, gdybym użył innych odniesień do religii, jak chociażby set listę koncertową (czyt. utwory wykonywanie w czasie koncertu) przyrównał do przykazań bożych.
(19 lutego 2010 r., 12:54:25)
to dlatego ja, a nie Wy mam w nicku MANIAC :), wygląda na to, że nikt nie przebrnie :), cool. Co fakt, to fakt, całą mszę darłem mojego ryja :), senks
(19 lutego 2010 r., 12:25:03)
Dokładnie miałam takie same odczucia jak Reactor. Na początku czytam, myślę sobie - o kurde, ale fajnie połączyłeś tę wiarę z fanami. Czytam dalej... i czuję ten dreszcz emocji w oczekiwaniu, aż wejdą na scenę. Dalej czuję już, że coś jest nie tak, że jakiś przesyt, tych wiernych, tych bogów, proroków, MESJASZY (to już w ogóle dla mnie hardkor), ale spodobał mi się jeszcze ten filmik, że piszesz o uciszaniu publiczności i widzę jak on to robi. Dalej nie dałam rady. I przegrałam w tych skokach z kretesem. Walking In My Shoes. I to nie chodzi Dep o Twoją wiarę :) Chodzi o to, że przegiąłeś... z powtórzeniami. Ale cieszę się, że się nie zawiodłeś na idolach i... że się w końcu wymodliłeś. Amen.
(19 lutego 2010 r., 11:55:33)
jak mówią w pewnej reklamie, spoko, loko, luz i spontan :), wiem o czym prawisz poganinie :).
(19 lutego 2010 r., 11:46:21)
No dyć... reportaż, ale nawet reportaż nie powinien nużyć. Posłuchaj, tu nie chodzi o to, aby każdy bez wyjątku nabrał chęci na odsłuchanie tego koncertu, albo został fanem Depechów. Tu chodzi TYLKO o to, aby informacje przekazać w sposób ciekawy. Do tego to napisałem. Dla mnie było ciekawie do momentu, w którym wymiękłem i się znudziłem. Jeśli jestem sam, to trudno. Tak mam. Wcale nie chcę przez to powiedzieć, że to jest źle napisane... Jest tylko za długie. Dla mnie...
(19 lutego 2010 r., 11:16:02)
cóż reactorze, przekonanego nie przekonam :) i nic nie będzie go w stanie zachęcić, jeśli nie będzie czuł tego czegoś, nawet minimalistyczny, ale przesiąknięty błyskotliwością tekst :). Przynajmniej tak jest w moim przypadku, ale każdy jest inny. Jak napisałem i ostrzegłem w opisie, tekst długi i może się znudzić :). Jeszcze jedno, to jest reportaż, a nie recenzja :). Choć wiadomo, że reportaż może być niebłyskotliwy. Spoko, senks.
(19 lutego 2010 r., 11:00:08)
Dep, i tu mógłbym zacząć - podobnie zresztą jak ty - pisać o moim ateiźmie. Jestem ateistą jak chodzi o tych twoich proroków. Nie o to jednak chodzi. Recenzja - jako gatunek - nie kojarzy mi się z rozprawką nad każdym utworem z osobna. Recenzja powinna mnie zachęcić, w sposób ciekawy i błyskotliwy, do tego abym oglądnął na youtubie ten koncert, albo kupił sobie płytę. Z recenzją powinno być jak z przystawką do głównego dania. Powinna pobudzić twoje kubeczki smakowe, podrażnić zmysł powonienia, tak abyś nabrał chęci na danie główne. Oglądnij sobie Ratatouille, to ci się rozjaśni o czym piszę Dep :)
(19 lutego 2010 r., 10:38:52)
Depech: przeczytałem, plusa nie dam, bo pracuje nad Twoim tekstem. W zależności od stopnia Twojego entuzjazmu (cecha wrodzona Dep.) na sugerowane poprawki;) dam plusa. Tak czy siak wielka praca, świetny koncert.
(19 lutego 2010 r., 10:35:54)
cóż, ostrzegałem. Spodziewałem się takiej opinii i jak najbardziej, mogę się z Tobą zgodzić. Niestety tak to jest z wiarą. Poganie tego nie zrozumieją i będą się czuć znudzeni :), ale senks za próbę przebrnięcia :). Jesteś słabej wiary :), jeśli chodzi o DM.
(19 lutego 2010 r., 10:30:02)
Rany... Sam nie wiem co napisać w tym momencie. Z jednej strony, chciałbym powiedzieć, że recenzja mi się podobała, bo z początku tak było. Wprowadzenie, parę pierwszych opisanych songów - wszystko ok. Mógłbym powiedzieć nawet, że czuć te emocje. Ale... Przy 8 (bodajże) opisywanym utworze znudziłem się i dalej odechciało mi się czytać. Ileż razy można czytać o tym jak "wierni" spijają "ewangelię" z ust swego "mesjasza"? W koło Macieju - to samo... A "to samo", znaczy NUDNO. Ja odpadłem przy World in my eyes. Mamy sezon olimpijski. Ogłaszam zatem koronną konkurencję! Skoki z Wielkiej Krokwii Depecha. Kto skoczy dalej? Ja przynajmniej wylądowałem telemarkiem :)
Daję jednak plus, bo wyjście z progu było niezłe i wiatr pod narty, więc leciało się przyjemnie i miło.
1 - 14 z 14 komentarzy
Zarejestrowany od:
Ostatnio zalogowany:
Suma punktów:
01 listopada 2009 r.
26 lipca 2010 r.
2244
Zarejestruj się i na łamach serwisu, tworzonego przez grupę ludzi, którzy dociekają, poznają oraz starają się zrozumieć, a ponadto pragną podzielić się swoimi spostrzeżeniami z innymi, zamieszczaj artykuly na każdy temat:
Gazeta Wirtualna to kanał informacyjny, który nie opowiada się za żadną opcją polityczną, nie liczy zysków i strat z tytułu rozpowszechniania narzuconych treści.
Może stać się największym w Polsce serwisem informacyjnym. Jednak wyłącznie dzięki aktywności użytkowników, którzy dodają, oceniają i komentują nawzajem swoje artykuły.
Najnowsze artykuły
Inne z regionu Polska