Dodano: 30 sierpnia 2009 r., 13:50:28
Ostatnia aktualizacja: 30 sierpnia 2009 r., 13:50:28
Ból głowy Sikorskiego
Jakie tak naprawdę są nasze stosunki ze Stanami Zjednoczonymi?
Możemy chyba czuć się zaszczyceni. 1 września, podczas obchodów 70 rocznicy wybuchu II Wojny Światowej przedstawicielem Stanów Zjednoczonych będzie przecież sam były minister obrony, William J. Perry. Postać to nietuzinkowa.
Ale wizyta Sz. P. Perry'ego w Polsce to powód do dumy nie tylko dla nas, zwykłych obywateli Rzeczypospolitej, ale także dla innych uczestników obchodów na Westerplatte - Angeli Merkel, Silvio Berlusconiego, Lecha Kaczyńskiego, Donalda Tuska czy Władimira Putina - przyjdzie im bowiem stanąć obok tak wybitnej osobistości.
Najbardziej dumni będą chyba jednak Panowie z MSZ, którzy wciąż próbują sprawić, abyśmy uwierzyli w to, że Sz.P. Perry nie jest postacią trzeciorzędną na amerykańskiej scenie politycznej. Wtóruje im szef gabinetu politycznego premiera, który wyśmiewa społeczną dyskusję na ten temat, tłumacząc to naszymi narodowymi kompleksami. Przybycie byłego ministra obrony USA to jednak niewątpliwie policzek wymierzony przez Obamę w związku m. in. z brakiem konsensusu w sprawie tarczy antyrakietowej. Okazuje się, że Polska staje się coraz mniej potrzebna interesownemu imperium. Obecnie nasz główny sojusznik w bardzo dyplomatyczny sposób kieruje w naszą stronę sygnał, że kierunek obrany przez szefów naszego MSZ nie prowadzi do wspólnego celu.
Obama pamięta na pewno skierowany do niego, żenujący, krytykujący go za brak zainteresowania naszą częścią Europy list, w którym upominaliśmy się o to, aby nas wspierać, bronić i nam pomagać, bo przecież jesteśmy ich sojusznikiem. Należy jednak przyjąć do wiadomości, że nie tylko my możemy czuć się obrażeni i nie wszystko nam wolno.
Niektórzy postulują, że to najlepszy, o ile nie jedyny moment na wycofanie polskich wojsk z Afganistanu, ponieważ takiego odsetka zwolenników takiej decyzji w społeczeństwie jak teraz, wobec oczywistego afrontu ze strony Obamy, prawdopodobnie już nie będzie. Z drugiej strony - czy warto ryzykować? Dobre stosunki z naszym głównym sojusznikiem to przecież gwarancja, kamień węgielny naszego bezpieczeństwa na arenie międzynarodowej.
A może warto wziąć sobie do serca słowa byłego Prezydenta USA, Jimmy'ego Cartera, który kiedyś mówił, że Ameryka bardziej niż tych, którzy przez swoją służalczość pomagają jej popełniać błędy docenia tych, których stać na słowa konstruktywnej krytyki? Jedno jest pewne: nasi dyplomaci powinni mieć w tym momencie porządny ból głowy.