Kategoria: Społeczeństwo
Rodzaj: Komentarz
Dodano: 23 kwietnia 2010 r., 12:02:33
Region: Polska
Ostatnia aktualizacja: 23 kwietnia 2010 r., 12:37:55
Łopatka, religia i całowanie cioci-dorastanie do demokracji
To ciekawe, że w kraju, w którym oficjalnie postawiono dotąd blisko tysiąc (nieoficjalnie mówi się o kilku tysiącach) pomników przedstawiających JPII, gdzie napoleonki nazywa się „kremówkami papieskimi” i co roku płacze pod papieskim oknem, wznosi się stosy (albo też – wkrótce będzie się je stawiać), na których mają zapłonąć podręczniki do religii.
Można by rzec: naród popada w skrajności. Wydaje się jednak, że kwestia ta jest o wiele bardziej skomplikowana lub – wbrew pozorom – prostsza, niż nam się wydaje.
(Re) Inkwizycje
Spór o nauczanie religii w szkole narastał w naszym społeczeństwie od kilku dobrych lat. Już w 1990 roku, kiedy pomysł wprowadzenia religii został poparty przez Ministerstwo Edukacji Narodowej i przedmiot trafił do szkół, wywołał on wiele kontrowersji, o których zazwyczaj nie pamięta się. Skarga, którą złożyła rzecznik praw obywatelskich – Ewa Łętowska – została jednak oddalona. W 1992 roku Minister Edukacji Narodowej wydał obowiązujące do dziś Rozporządzenie w sprawie organizacji przedmiotu religii w szkolnictwie. Według tego dokumentu religia miała stać się przedmiotem fakultatywnym, zaś każdy rodzic wyrazić miał zgodę na uczestnictwo dziecka w katechezie. Dla uczniów, którzy na nią nie uczęszczali, stworzono zastępczy przedmiot – etykę. Taka wyglądało to w teorii, część praktyczna miała się nieco inaczej. Wracając jednak do tematu poprawek – i tym razem odwołano skargę rzecznika praw obywatelskich, Tadeusza Zielińskiego. Ostatecznie kwestia religii została rozwiązana w 1997 roku, kiedy w uchwalonej 2. kwietnia Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej, ustalono ten przedmiot nauczania jako dopuszczalny w szkolnictwie. Od tej pory wszystko miało iść ku lepszemu, a dyskusja nad religią została przeniesiona do kuluarów.
Trybunał może i musi
Jednak już w dziesiątą rocznicę uchwalenia konstytucji minister edukacji narodowej, Roman Giertych, stworzył projekt, w którym nota z religii wliczana była do rocznej średniej ważonej ocen, zaś w dalszej perspektywie – religia miała stać się fakultatywnym przedmiotem maturalnym. Pierwszy postulat został spełniony, drugi wciąż tkwi w projektowej próżni. Dyskusja, która dwa lata temu podzieliła społeczeństwo, wybuchła w tym roku ze zdwojoną siłą po kontrowersyjnym wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Trybunał, jak wiadomo, uznał, iż krzyże zawieszone w szkołach mogą godzić w wolność sumienia uczniów oraz pracowników. Swoją drogą, niewiele osób pamięta o tym, że Trybunał nie jest mocą sprawczą, a jego „może” wcale nie musi oznaczać „musi”.
W krzyżowym ogniu pytań
„Spór o krzyże” stał się w Polsce impulsem do ponownego podjęcia owej – bardzo delikatnej w końcu – kwestii religijności, a także kontynuowania dyskusji na temat wpływu Kościoła katolickiego na społeczeństwo i politykę państwa. Nie sposób zaprzeczyć, że rozmowy tego typu, które zresztą szybko przekształcają się w przysłowiowy węzeł gordyjski, pojawiają się zazwyczaj w momencie, kiedy brak kwestii poważniejszych albo przynajmniej – możliwych do rozwiązania. Podsycana przez media dyskusja, przeradzająca się momentami w awanturę, doprowadziła do zakwestionowania sensu prowadzenia zajęć religii w szkołach w ogóle. Co prawda, o niechęci do tego przedmiotu przebąkuje się już od kilku lat, jednak do tej pory nie wspominano o tym z ostentacyjną frustracją.
W świecie - w internecie
Internetowe serwisy, portale i strony toną pod nawałem negatywnych opisów, skarg oraz ziejących nienawiścią komentarzy. Z drugiej strony, według ostatnich badań CBOS przeprowadzonych w 2006 roku, aż 94,7% Polaków określa swoje wyznanie religijne jako katolickie. 84% badanych uważa się za wierzących, zaś 54% przynajmniej raz w tygodniu uczestniczy w praktykach religijnych. Zapytani (CBOS 2007) o to, czy religia powinna być nauczana w szkołach, aż 72% respondentów odpowiedziało pozytywnie („tak”, „raczej tak”). Dodając do owych statystyk pamięć o „katolickim zrywie”, który nastąpił po śmierci Jana Pawła II, pytanie o to, skąd bierze się ogromna niechęć do religii jako przedmiotu szkolnego, nabiera nowego sensu. Odpowiedzi mogą być dwie. Możliwe, że staliśmy się społeczeństwem posiadającym wiele osobowości, czyli mówiąc wprost – schizofrenicznym. Można by przyjąć również wersję optymistyczną – po prostu zaczęliśmy dorastać do demokracji. Z perspektywy politycznej (więc po części schizofrenicznej) sprawa religii jest prosta – żaden rząd dobrowolnie nie zrezygnuje z dużej grupy wyborców; taki przecież efekt przyniosłoby „wyprowadzenie” religii ze szkoły. Pomijam tu kwestię zgłaszania i omawiania projektu w sejmie, głosowań i poprawek – każdy z tych etapów może zakończyć się odesłaniem pomysłu na sam dół listy ważnych i nieważnych zagadnień. Paradoksalnie – sprawa, której nie będziemy w stanie rozwiązać (co czyni ją z założenia bezsensowną), posiada bardzo konstruktywny charakter i prowadzi do zaskakujących wniosków. Oto bowiem, proszę Państwa, dorastamy do debaty społecznej.
A jednak konsensus
To, że społeczeństwo jest gotowe dyskutować – miejmy nadzieję, że poziom dyskusji wyrobi się z czasem – jest świadectwem rozwoju, który bardzo dobrze rokuje na przyszłość. Być może Polacy zaczynają podejrzewać, iż państwo polskie nie jest fikcyjnym konstruktem, ale zbiorowością konkretnych ludzi, których można określić słowem „my” – „my społeczeństwo polskie”. Inicjatywy takie jak, na przykład, próba zebrania pięciuset tysięcy podpisów pod petycją o renegocjację konkordatu (stworzona przez bloggera o pseudonimie Intel-e-gent), pozwalają mieć nadzieję na coraz większy udział społeczeństwa w debacie publicznej, przede wszystkim jednak – na zainteresowanie się obywateli sprawami Państwa. Wracając na koniec do sprawy statusu religii w szkole – zostawić ją czy też „wyrzucić”? – uważam, iż religia powinna powrócić do przyparafialnych salek, w których miałaby w końcu szansę odzyskać zagubiony w szkole wymiar Sacrum. Z drugiej zaś strony – skoro sami nie chcielibyśmy oddać portfela przypadkowej osobie, nie czujemy potrzeby, by przytulać niektórych krewnych, a także nie mamy zamiaru wpisywać do CV swojego wyznania, dlaczego mielibyśmy zmuszać dziecko do oddania łopatki, padania w ramiona ciotki oraz chodzenia na szkolne lekcje religii?
Licencja artykułu:
Ten artykuł opublikowany został na licencji:
 
Historia edycji artykułu:
1.
23 kwietnia 2010 r., 12:37:55
zdjęcie plus
 
OCEŃ ARTYKUŁ:
Aby oceniać lub proponować zmiany musisz się zalogować. Jeśli nie masz jeszcze konta, załóż je!
Podziel się:
 
Dodaj komentarz:
Podpis:
Treść komentarza:
Pozostało 1000 znaków.
Przepisz kod z obrazka:
Komentarze czytelników:
(27 kwietnia 2010 r., 22:56:52)
Depech: nie jesteśmy krajem katolickim bo nie jesteśmy państwem wyznaniowym. Jesteśmy państwem laickim, gdzie większość stanowią katolicy.Tylko państwo wyznaniowe pozwala kościołowi, aż tak mieszać się do polityki. U nas jednak wszystko stoi na głowie.
Mieszkam we Włoszech Tu też funkcjonuje kościół przez duże K, ale Włosi Rydzyka nazywają faszystą. W szkole średniej, do której chodzi moja córka, religia nie jest przymusem. Młodzież ma takie przedmioty jak filozofia, psychologia czy zarządzanie.
We Włoszech młodzież nie gardzi kościołem, bo kościół nie włazi nikomu na głowę.
(27 kwietnia 2010 r., 16:34:33)
Bardzo dobry artykuł.
Sam temat jest... Szczerze mówiąc, jakiś (dosłownie - jakiś, bo ciężko go określić) stosunek do tej sprawy wyklarował mi się właściwie po ukończeniu szkoły średniej. Wcześniej ta nieszczęsna religia była "wpisana w krajobraz", choć niewiele się z niej wynosiło - zazwyczaj była to lekcja przejściowa, chwila oddechu, relaksu i dobry moment do odrobienia zadania z niemieckiego. Dopiero po czasie dostrzegam - przede wszystkim - jak niefortunne jest nazewnictwo tego przedmiotu. Bo dlaczego nie nazywa się to np. przygotowaniem do katolicyzmu? Wprowadzeniem do chrześcijaństwa? Religii jest wiele. Myślę, że powinno się uczyć nie tylko o "naszej" religii, jesteśmy zacofani, niewiele wiemy o otaczających nas wyznaniach, jak więc mamy mieć świadomość dobrego? TĘ religię, szkolną, zostawmy rzeczywiście dla przyparafialnych salek.
(27 kwietnia 2010 r., 10:43:17)
ciekawy artykuł, na początku wydaje się stronniczy, ale ostatni podrozdział pokazuje, że jednak, na całe szczęście nie i jest to logiczne rozwiązanie, które już nigdy nie zostanie zrealizowane, bo politycy nie mają jaj w Polsce, a wyborców potrzebują, więc szach i mat. Czy też pat.
(27 kwietnia 2010 r., 10:41:05)
no i jeszcze nieszczęsna etyka, nie wiem jak mają inni, ale niestety zajęcia etyki to bujda, dzieci spędzają czas na świetlicy, jeśli taka jest. Tak to wygląda świat równych i równiejszych i realizowanie politycznych decyzji kilku oszołomów, którzy chcą być bardziej święci od papieża. A kto za to płaci, ja, Pani, Pan, społeczeństwo płaci, niestety.
(27 kwietnia 2010 r., 10:38:47)
odnośnie sporu o krzyże, to mimo że mamy w Polsce "samych" katolików są wśród nich ateiści, ludzie innych wyznań, więc spór o krzyże jest zrozumiały. Każdy ma prawo do patrzenia na to, co mu się podoba. Mnie one nie przeszkadzają, mogą wisieć, ale rozumiem głosy innych wyznawców, jeśli nie idzie za tym polityka.

co do decyzji Giertycha, to nie ma jak zdobywanie wyborców. Ocena na świadectwie, jeszcze do tego średnia, a co to kształcimy księży. Od tego są seminaria. Zrozumiałbym jeszcze ocenę i średnią za przedmiot Religioznawstwo, ale Religia. Wiadomo, że mowa będzie o jednej tylko religii tej jedynej.

Mowa o niechęci. Opiszę swój przykład, nie wiem jak mają inni, ale u mnie wystąpiło zmęczenie materiału. Kościół w polityce, w tv, radio, rydzykomania, wszędzie, rozumiem, kraj katolicki, ale na litość bez hipokryzji.

Religia powinna zostać w kościele, tam gdzie jej miejsce, a nie być kartą przetargową w grze o wyborców. Smutne jest to, że Kościół na to pozwolił i stał się polityczny.
(24 kwietnia 2010 r., 01:17:51)
"każdy rodzic wyrazić miał zgodę na uczestnictwo dziecka w katechezie. Dla uczniów, którzy na nią nie uczęszczali, stworzono zastępczy przedmiot – etykę."
Tego prawa nie respektowano i to był pierwszy błąd, który być może zaważył na późniejszych losach religii.
Było napisane jasno i wyraźnie, że to rodzic miał wyrazić zgodę, notabene pisemną zgodę, składaną corocznie wychowawcy klasy. Zrobiono odwrotnie, to ci którzy nie chcieli religii składali pisemną rezygnację. Zauważasz różnicę? Łatwiej jest nie złożyć pisemnej zgody, niż pisemnej rezygnacji. Przy drugiej opcji na sto procent czujesz się jak czarna owca, przy pierwszej nie koniecznie.
Etyka? Moją specjalizacją jest etyka, ale dla takich jak ja nie ma etatów, bo dla 5 czy 10 czarnych owiec zajęcia z etyki poprowadzi pani od historii!
1 - 6 z 6 komentarzy
Zarejestrowany od:
Ostatnio zalogowany:
Suma punktów:
23 marca 2010 r.
20 września 2010 r.
180
Zarejestruj się i na łamach serwisu, tworzonego przez grupę ludzi, którzy dociekają, poznają oraz starają się zrozumieć, a ponadto pragną podzielić się swoimi spostrzeżeniami z innymi, zamieszczaj artykuly na każdy temat:
Gazeta Wirtualna to kanał informacyjny, który nie opowiada się za żadną opcją polityczną, nie liczy zysków i strat z tytułu rozpowszechniania narzuconych treści.
Może stać się największym w Polsce serwisem informacyjnym. Jednak wyłącznie dzięki aktywności użytkowników, którzy dodają, oceniają i komentują nawzajem swoje artykuły.
Najnowsze artykuły
Inne z regionu Polska