Dodano: 31 maja 2010 r., 23:27:14
Ostatnia aktualizacja: 02 czerwca 2010 r., 20:18:26
Dzieckiem być
Mąż, tracąc żonę zostaje wdowcem. Podobnie rzecz się ma, kiedy pierwszy w związku umiera mężczyzna. Jego partnerka zostaje wdową. Kiedy umiera rodzic, jego potomek zwany jest sierotą. Nie ma jednak nazwy dla tych, którym umiera dziecko. Nie ma, bo jak nazwać taką tragedię? Co takiego skrywa w sobie śmierć dziecka?
Corocznie obchodzony Dzień Dziecka, uległ już takiemu skomercjalizowaniu, że trudno jest już uchwycić sens tego święta. Pomimo to, dobrze że jest. Przynajmniej raz w roku, wewnętrznym nakazem sumienia, spędzamy z własnym dzieckiem więcej niż pięć minut. Jeżeli i na to nas nie stać, to są przecież prezenty, dzień Piegusa czy Mc Donald’s. Proszę wybaczyć mój sarkazm. Kieruję go również do siebie.
Kim są nasze dzieci, nasze polskie dzieci? Tak często zaniedbywane, tak często osamotnione.
Pracowałam kiedyś z „trudną młodzieżą”. Była tak trudna, że aż ręce opadały. Bunt połączony z bólem własnego „ja” malował się na ich dziecięcych twarzach. Pamiętam dziewczynkę. Jedną, jedyną w swoim rodzaju, zawsze na uboczu, zawsze zamyśloną. Wydawało się, że nie chce z nikim rozmawiać, że silna jest i niedostępna. Zdarzyło się jednak, że raz ze mną rozmawiała. Sama mnie zaczepiła. Zaintrygował ją mój tatuaż nieznośnie wychylający się spod krótkiego rękawka. Zagadała raz, potem drugi i trzeci… Potem zagadało inne, zbuntowane dziecko a ja chłonęłam ich niezwykłość, ich piękno i to czego nam dorosłym brak- naturalność. Naturalność w wymowie, słodki brak ogłady i bezkompromisowość. Niby trudne dzieci, a tak bardzo szczere, że aż naiwne. Jakże ciężko było mi je opuszczać.
Widziałam też inne dzieci, w „przytułku” dla niepełnosprawnych. Czemu przytułku, spytacie? Niby tam ciepło było i kolorowo a jednak i smutno zarazem. Na materacach leżały gaworzące „roślinki”, wpatrzone w sufit i kolorowe na nim wiszące balony. Na te dzieci już za późno, już nie zachwycą świata swoją niepowtarzalnością, przegrały, ktoś nie zechciał w porę o nie walczyć.
Właściwie każde dziecko ma coś w sobie. Im mniej zmanieryzowane przez nas, rodziców, tym lepiej. One są od nas inne, są boskie, są oświecone. Wszystko zrozumieją, wszystko wybaczą, o ile nie ma w nas fałszu. Im więcej tego fałszu w świecie zobaczą, tym szybciej staną się takie jak my - nijakie i zepsute. Federico Fellini owo zepsucie ukazał w swoim filmie „Osiem i pół”. Jest tam taka scena, kiedy grupa młodych chłopców udaje się na wycieczkę, której przewodzi zakonnik. W pewnej chwili, chłopcy idący przodem spotykają

prostytutkę. Pozdrawiają ją i pytają kim jest. Kobieta odpowiada im zgodnie z prawdą. Oni jednak nie wiedzą kim jest prostytutka. Jeden tylko, bardziej bystry, objaśnia profesję kobiety słowami: „Prostytutka to taka kobieta, która robi różne rzeczy za pieniądze”. Ciekawość i radość rośnie w chłopcach. Postanawiają jej zapłacić, by ta w zamian zatańczyła coś nago. Kobieta rozbiera się, tańczy, dzieci wokół niej bawią się wesoło. Dostrzega to braciszek zakonny. Przybiega, wrzeszczy i wyzywa kobietę a narrator stwierdza:
„W tym momencie dzieci zostały zepsute, do tej chwili były niewinne, piękne”.
Są jeszcze inne dzieci. Te w nas, te schowane na dnie duszy. Rozmawialiście kiedyś ze swoimi wewnętrznymi dziećmi? Ja ze swoim rozmawiam, choć pierwsze spotkanie było ciężkie. Moje dziecko, to dziewczynka, bardzo mądra dziewczynka. Kiedy ją po raz pierwszy spotkałam siedziała nad brzegiem morza. Skulona i bezradna, miała łzy w oczach. Jakże smutno mi było, kiedy wzrok swój na mnie skierowała, z wyrzutem jakby i żalem.
Masz na tyle odwagi by spojrzeć swemu wewnętrznemu dziecku w oczy? Polecam ci je szczególnie w tym dniu, jedynym w roku i jakże specjalnym. Nie przegap szansy, nie przekładaj spotkania, jutro już o tym zapomnisz.