Dodano: 21 października 2010 r., 08:03:41
Ostatnia aktualizacja: 21 października 2010 r., 08:03:41
Etyczna tajemnica poliszynela
Sprawy wyznaniowe zawsze budziły wiele kontrowersji i aktywnie angażowały liczne jednostki i grupy. Od wielu lat w Polsce toczy się, mniej lub bardziej zacięty spór o wizję szkoły i miejsce w niej dla religii, etyki, religioznawstwa.
Wiszące nad tym emocje, skojarzenia i hasła są nie tylko obrazem relacjonującym rzeczywistość "tu i teraz". Są również radą i podpowiedzią jak umiejscowić to zagadnienie w systemie edukacyjnym.
Chodząc ulicami polskich miejscowości i obserwując życie i zachowanie ludzi nie łatwo jest zauważyć wpływ na nie religii. Zresztą nie tylko w Polsce. Dobrym przykładem mogą być np. Włochy (gdzie obecnie mieszkam). W obu krajach można zobaczyć swoiste rozdwojenie, czy może raczej duchową dwulicowość. Zarówno Polska jak i Włochy określają siebie, jako państwa w obywatelskiej większości katolickie.
Ta największa denominacja chrześcijańska wrosła się powierzchowną mentalność obywateli na tyle, by dawać pozór swojej wszechobecności i totalnego wpływu. W Polsce są to liczne świątynie, kaplice, grupy pielgrzymów, cmentarze usiane lasami krzyży. Włoskie realia nie są od tego odległe. Są jedynie czasem bogatsze w emocjonalny dynamizm. Widząc te manifestacje ludzkiej duchowości można byłoby powiedzieć: "Bogobojny to lud, Boga miłujący". Jest jednak coś jeszcze…
Tajemnicą poliszynela jest fakt, że w naszej szerokości geograficznej religia i życie to dwie różne sprawy. Życie się toczy, a o religii można sobie dyskutować i doświadczać emocjonalnych huśtawek. Większość katolików nie zachowuje nauk Jezusa. Co najwyżej udają się czasem do kościoła i konfesjonału. Taka tradycja. Można by napisać osobny artykuł o sposobie takiego życia, ale wróćmy do tematu, czyli edukacji.
Zastanawiając się nad tym zagadnieniem, pierwszym, co przyszło mi do głowy, było pytanie: ile ludzie wiedzą…? O religii katolickiej, chrześcijaństwie, innych wyznaniach, systemach religijnych i filozoficznych. Pomijając garstkę osób zajmujących się tym zawodowo lub pasjonatów-hobbystów, doszedłem do wniosku, że pozostała część społeczeństwa wie o tym niewiele. Mając za sobą doświadczenia grup i ruchów katolickich, wiem, że nawet ich członkowie (wydawać by się mogło zaangażowani w życie religijne) w większości nie prezentują głębszej świadomości i znajomości problematyki duchowej. Jak się okazuje efektem takiego stanu rzeczy jest charakterystyczne poddanie się tradycjonalizmowi i styl życia, o którym wspomniałem wcześniej.
Katecheza w szkole to wynik złożenia się dwóch elementów. Z jednej strony pamięci systemu komunistycznego, z drugiej dziedziczonej tradycji. W mentalności przeciętnego obywatela funkcjonuje model społeczeństwa składającego się w 100% z katolików. Dlatego omijając przepisy prawne, nauczyciele wymagają od rodziców pisemnej deklaracji o NIE-uczęszczaniu dziecka na lekcje religii zamiast pisma o uczęszczaniu (jak o tym mówi prawo).
W tym momencie na scenę wchodzi tradycjonalizm. Niezależnie od tego jak bardzo odlegli od kościoła byliby rodzice, wszyscy zgodnym chórem będą krzyczeć, że chcą by ich pociecha była katechizowana. Nie ważne, że oni sami w kościele pojawiają się raz do roku (lub "rzadziej"). Nieważne, że nie potrafiliby wymienić z pamięci dziesięciu przykazań. W ich umysłach człowiek powinien być ochrzczony, przyjąć pierwszą komunię, być bierzmowanym, zawrzeć ślub sakramentalny i mieć dobry, katolicki pogrzeb. Aha… i powinien jeszcze chodzić na lekcje religii. Taka tradycja. Nie mając zresztą lepszej alternatywy, dziecko jest wysyłane na lekcje prowadzone przez księży, zakonnice, katechetów i katechetki.
To, że lekcje te nie przynoszą większych korzyści jest również tajemnicą poliszynela. Gdyby było inaczej, nie pojawiałyby się kolejne pokolenia rodziców w stylu tych opisanych wcześniej. Ciemnota rodzi ciemnotę, a zadaniem edukacji jest nas z niej wyrwać. Jeśli jednak edukacja nie spełnia swej roli to czy wyjście z ciemnoty jest możliwe? Trzeba pracować i pielęgnować edukację. Ale… gdyby nawet osiągnięto poprawny poziom katechezy w szkołach to w efekcie otrzyma się dość ograniczone i stronnicze umysły. Dlaczego?
Odpowiedzialność za to ponosi moralność katolicka. Moralność już z samej definicji zajmuje się wartościowaniem i ocenianiem. W tej sytuacji stalibyśmy na krawędzi, za którą panują takie hasła jak: nietolerancja, ksenofobia, totalitaryzm. Współcześnie, mimo iż Polska jest państwem laickim, z "niewiadomych" powodów promuje się tylko jedno wyznanie. Wszyscy "inni" są traktowani marginalnie lub są alienowani albo zaliczani do dziwnych i tajemniczych sekt. W pewien sposób jest to niebezpieczne, a na pewno jest niesprawiedliwe.
Katecheza w szkole opiera się przede wszystkim na wyborze rodziców. Decydują oni o posyłaniu dziecka z różnych powodów. O jednym pisałem wcześniej. Inny to najzwyklejsza bojaźń. Jakkolwiek, bowiem by nie byli oddaleni od kościoła, to lęk przed grzechem, karą bożą ciągle funkcjonuje. Nie koniecznie widać to w sprawach życia codziennego. Jednak, kiedy chodzi o sprawy bezpośrednio, konfrontacyjnie związane z religią, lęki te dają o sobie znać. O motywie wstydu przed rodziną, sąsiadami i znajomymi nawet nie będę pisał.
Na lekcji religii osoba katechizująca wykłada punkt widzenia jednego tylko wyznania. Podkreśla się jego słuszność i jedyność. Wpaja się, a raczej próbuje się wpoić jeden system wartości moralnych, które zdaniem wykładowcy są najlepsze. Polska szkoła starając się odpowiedzieć na pojawienie się nowego przedmiotu, jakim jest etyka, poszła na łatwiznę. Jeśli już w ogóle są prowadzone takie zajęcia to prowadzi je najczęściej ta sama osoba, która zajmuje się katechezą. O zgrozo!!!
Fundamentalnym nieporozumieniem w tym przypadku jest rozbieżność tych dwu materii. Religia i moralność z nią związana obliguje nauczyciela… może napiszę dosadniej… księdza lub katechetę do nauczania bardzo stronniczego punktu widzenia. Dzieci są uczone, co jest dobre, co jest złe. Najwyższym dobrem jest oczywiście Bóg (katolicki). Natomiast etyka obejmuje swoim badaniem szerszy horyzont, w którym najwyższym "dobrem" jest człowiek. Cudzysłów przy słowie "dobrem" podkreśla, że w etyce nie wartościuje się. Lepiej byłoby napisać, że człowiek jest dla niej centrum. Etyka poszukuje wartości uniwersalnych. Moralność katolicka zapewne posiada pewne z nich, jednak nie jest ani najlepsza, ani jedyna.
Dylemat pojawia się wtedy, gdy ten sam np. ksiądz na lekcji religii naucza pewnych wartości, wyjaśnia je, uzasadnia… na lekcji etyki musiałby przedstawić je w zgoła odmiennym świetle. Do czego więc to prowadzi? Efektem jest przekształcenie nauczania etyki w nauczanie moralności katolickiej. A to już nie to samo… - jak śpiewał zespół De Mono.
Etyka zaletami swych walorów bije na głowę ograniczoną w swym widzeniu religię. Pozostawia pole dla wolności jednostki ludzkiej, dla myślenia i podejmowania decyzji. Religia przekazuje gotową, zinterpretowaną wstępnie informację, pozostawiając minimalne pole manewru dla człowieka. Wyjście poza te granice oznaczałoby przecież grzech.
Dlaczego etyka w szkołach jest problemem? Powodów jak zwykle jest wiele. Przede wszystkim myślenie odgórne. Na początku roku szkolnego, kiedy układany jest grafik zajęć, nieoczekiwanie znajduje się w nim miejsce dla religii. Zupełnie jakby "odgórnie" było wiadomo, że będzie zapotrzebowanie. Również "odgórnie" wiadomo, że nie będzie zapotrzebowania na etykę, więc nie uwzględnia się jej w takim planie i nie zatrudnia kompetentnych (podkreślam: kompetentnych) nauczycieli. W przypadku pojawienia się jednak osób chętnych na zajęcia z etyki, szkoła bezradnie rozkłada ręce i zostawia uczniowi tzw. "okienko" lub zwalnia do domu. Znalezienie (powtórzę) kompetentnego nauczyciela w ciągu roku szkolnego to przecież fikcja.
Innym powodem takiego stanu rzeczy jest postawa rodziców, którzy mogąc wybrać miedzy religią a etyką usilnie obstają przy tej pierwszej. O różnym motywach takiej postawy pisałem wcześniej. Dodam jednak jeszcze, że wpływ ma na to ich własna nie znajomość etyki. Rodzice po prostu nie wiedzą, czym jest i czym się zajmuje etyka! Ministerstwo edukacji nie podało im żadnych informacji, nie przeprowadziło swoistej promocji i wprowadzenia grona rodzicielskiego w ten nowy dla nich przedmiot. Kościół i pewne związane z nim media ciągle grzmią o sektach i wymysłach masonerii. Skutecznie przeprowadzają antyreklamę konkurencji. Rodzic woli, więc posłać dziecko na "starą i sprawdzoną" religię, niż żeby miało zaśmiecać sobie głowę "postmodernistycznymi i masońskimi" treściami.
Etyka jest nieznana dla znakomitej większości polskiego społeczeństwa. Pytając przy różnych okazjach kilkadziesiąt osób (znajomych i przypadkowych) o to, czym jest etyka i czym się różni od moralności, od żadnej z nich nie otrzymałem poprawnej odpowiedzi. Dla 90% z nich to synonimy. Zatem rodzice nie mając tego rozeznania, nie rozumieją potrzeby zmiany i otwarcia się na nowe, ubogacające w wiedzę informacje.
Problem podręczników, kadry, pieniędzy, to najczęściej zwykłe "mydlenie oczu". Chociaż może nie ten ostatni. Gdyby naprawdę zdecydowano się nauczać etyki napisano by dobre podręczniki (nie koniecznie pisane przez księży), znalazłaby się wykwalifikowana kadra. Pieniądze… no właśnie… System dorabiania i przesuwania etatów jest w polskiej szkole modny i nagminny. Osobiście znam sytuacje, gdzie wuefista naucza wychowania fizycznego i informatyki albo nauczycielka sztuki uczy i ocenia pracę uczniów w zakresie muzyki i plastyki.
Księża, więc uczą religii i (jeśli już się zdarzy) etyki. Nie ważna jest kompetencja i rzetelne, fachowe, profesjonalne prowadzenie młodego umysłu. Ważne jest, żeby do portfela wpadało wynagrodzenie z jak największej liczby etatów.
Etyka jest prawdziwą skarbnicą i niejako inkubatorem dla obiektywnego postrzegania świata i rozumienia go. Szkoda, że musi toczyć batalię o miejsce w systemie edukacyjnym, z którego najpierw ją strącono, (bo była nie wygodna), a na które ciągle nie może powrócić (z tych samych powodów).