Dodano: 28 grudnia 2009 r., 15:06:07
Ostatnia aktualizacja: 29 grudnia 2009 r., 10:11:25
Ja, Znawca Niczego
Kimkolwiek jestem, to bez znaczenia. Naprawdę chcesz wiedzieć? Poczekaj chwilę, zaraz ci powiem, tylko wyjaśnię pewne rzeczy. W razie wątpliwości, rzecz jasna. Wszystko jest dla mnie bez znaczenia, pozbawione sensu i wyprane z treści. Nie wierzę w żadne bajki o Bogu, aniołach ani diable. Nie wierzę w religię, politykę ani w ludzi. Jestem nihilistą.
Nie wierzę w ludzką dobroć ani bezinteresowność. Nie wierzę ani w miłość, ani w słowa. Nie wierzę w Dobro i Zło. Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi, po co się właściwie urodziłem, choć podejrzewam, że jest to równie ważne jak cała reszta.
Jak to się zaczęło? Zwyczajnie: żyłem i słuchałem z uwagą rodziców, którzy cierpliwie tłumaczyli mi kim jest Pan Bóg, Jezus i Maryja Dziewica, i dlaczego trzeba chylić przed nimi czoła. Jako dziecko nie rozumiałem do końca tego bełkotu, więc wszystko brałem na przysłowiową wiarę, klepiąc zdrowaśki i ojczenasze, aż do pewnego momentu, gdy świat pokazał mi, co robi z takimi jak ja, naiwnymi żółtodziobami. Dopiero tak naprawdę w szkole zetknąłem się z prawdziwym Złem, nie takim wyssanym z marnych książek albo filmów. Joseph Conrad powiedział, że zło nie zawiera w sobie nic nadnaturalnego, a ja przekonałem się o tym, gdy jeden koleś (nie ważne jest imię tego sukinsyna) przekopał mnie tak, że trafiłem do szpitala. Oczywiście butowanie kogokolwiek w pojedynkę jest dosyć męczące, więc jego przyjaciele z przyjemnością mu pomogli. Zapomniałem dodać, że walczyłem z nimi wszystkimi naraz? No, może nie walczyłem, bo od razu zaliczyłem glebę, choć machnąłem dwa razy rękami.
Cechą młodości jest idealizm, który, w większości przypadków, z wiekiem obumiera albo przynajmniej przybiera łagodniejsze formy. Ilu z was dałoby się spalić na stosie za swoje przekonania? Pewnie znalazłaby się spora gromadka bohaterskich owieczek. Mój idealizm i wewnętrzne dobro zostały unicestwione w chwili, gdy moi prześladowcy uniknęli kary, jak gdyby nic. Byłem w szoku, dowiedziawszy się, że zostanie im wpisane kilka ujemnych punktów z zachowania. I tylko tyle. Mało tego, zaczęto mnie traktować jak ostatniego śmiecia. Za co? Sam nie wiem, może za to, że uważałem się za lepszego od innych? To przestało mieć znaczenie. Nic nie mówiłem rodzicom, ale wyczuli, że coś we mnie pękło. Moja dusza obumierała jak kwiat podlany kwasem
Myślicie, że się poddałem? Bóg zsyła mi próbę, a ja daję nogę do baru i zalewając się w trupa, użalam się nad sobą? Biedny naiwniak został zbity na kwaśne jabłko i skamle niczym zbity pies, bo ktoś się z niego naśmiewa - tak sobie myślicie, prawda? Łatwo jest tak mówić, kiedy byłeś super lubiany/lubiana albo po prostu byłeś zwyczajny/zwyczajna, ale zapewniam, że nie jest już tak kolorowo, gdy ktoś idzie za tobą, wyzywając cię od najgorszych.
Na szczęście czas płynie naprzód, człowiek wspina się po tej górze życia i zostawia wszystko za sobą. Za mną był tylko pył i kurz. Nowa szkoła, nowi ludzie- nowe perspektywy. Nikt mnie nie znał i z początku nie chciałem, żeby ktoś odchylił moją maskę i zobaczył moją przerażoną duszę. Nauczony przez życie przysiągłem sobie, że nie spieprzę tego, co zostało mi dane. Moja wiara zaczęła się powoli odradzać jak życie na jałowych ziemiach ochrzczonych deszczem, choć dominował we mnie jeszcze ateizm, który dopuszczał istnienie tak śmiesznego pojęcia jak moralność. Powoli przekonywałem siebie, że jednak coś istnieje poza otaczającą mnie rzeczywistością, że to wszystko ma jakiś sens. Ale myliłem się po raz kolejny, jak zwykle z resztą. Dlaczego straciłem ostatecznie wiarę? Zabrzmi to banalnie, niektórych porazi swą pretensjonalnością, ale sprawcą była kobieta. Rozkochała mnie w sobie z całą zimną premedytacją, a gdy złożyłem na jej ołtarzu wszelkie ofiary na jakie mnie było stać, oddała się facetowi, który ją lekceważył. Nie mam jej tego za złe, choć z początku cisnęły mi się na język najgorsze obelgi, gdy chłostała mnie kpiącym śmiechem. Czy to wystarczający powód? Zraniła moją duszę, czułem się tak, jakby owinęła nerwy mojego ego miedzianym drutem i puściła przez niego prąd. Całe cholerne 220 woltów.
Są ludzie, którzy stracili wiarę i tacy, którzy nigdy jej nie mieli. Człowiek rodzi się, dorasta i przekonuje się, że czasami to, co wydaje się nam dobre, wcale takie nie jest, a to co jawi się nam jako złe- jest słuszne. Żyjąc ludzie zadają sobie pytanie, po co właściwie egzystują. To proste. Po nic. Bez powodu. Od tak sobie. Ja miałem w sobie wiarę i pewne rzeczy nie pozwalają mi do końca wyrwać jej korzeni, rosnących w moim mózgu. Mówię, że nie wierzę w miłość, i na pewno nie pokocham już żadnej kobiety, ale są dla mnie ludzie bliscy. Rodzina. I choćbym nie wiem, jak długo siebie przekonywał, że są tylko zwyczajnymi workami skóry napełnionymi kościami, mięsem i krwią, obdarzonymi elektryczną duszą, to nie zmienia to faktu, że oddałbym za nich życie, sprzedałbym sam siebie, gdyby potrzeba było im pieniędzy. Są dla mnie wszystkim i to oni nie pozwalają mi całkowicie uwierzyć w swoją prawdę.
Pielęgnuję swą niewiarę niczym żarliwy chrześcijanin wiarę. Muszę sam siebie przekonywać, że świat to tylko puste i zimne miejsce, w którym nie czeka na człowieka nic dobrego. Dręczy mnie powracające pragnienie, aby uwierzyć - dać się objąć słodkim ramionom naiwności. W moich „słabszych” dniach czasami się modlę, ale wtedy zazwyczaj jestem pijany albo pogrążony w ciężkiej depresji. Albo jednocześnie pijany i zrozpaczony. Zdeptałem to, przeszedłem po tym milion razy, zalałem to czarnym asfaltem, a to cholerstwo nadal się odradza.
Siedzę w moim gabinecie na krześle jak Szatan uwięziony w bryle lodu, w swoim świecie, w którym słowa są pozbawione swojego desygnatu i stają się jedynie pustymi dźwiękami powstałymi przez przepływ powietrza drażniącego struny głosowe. Coś co mógłbym nazwać resztkami sumienia, choć jest to tylko wymysł, zaleję szmaragdowym absyntem, a potem zamówię sobie 15-letnią dziwkę albo zrobię komuś jakieś świństwo. Widzieliście kiedyś Ziemię? To taka duża gruda krzemu i tlenu, na której rośnie cienka warstwa zielonoszarego grzyba. I jak tu uwierzyć, że istnieje Bóg, skoro nasz świat to tylko zielonkawy brud, a my sami jesteśmy mniejsi niż bakterie w kosmicznym organizmie?
Mógłbym jeszcze zawodzić przez kilka następnych stron, rozmieniając się na drobne, ale czas skończyć moją spowiedź. Teraz powiem, kim jestem. Jestem twoim ojcem posuwającym twoją dziewczynę, znajomym, który zastanawia się, jakby wyglądała twoja głowa powieszona nad jego kominkiem, szefem gnojącym cię dla przyjemności, politykiem głaskającym główki dzieci przed kamerami, a potem liczącym kasę za jakiś przekręt, jestem i wieloma innymi. I nie wierzę nawet w to, co mówię do ciebie. Jestem nihilistą i nie mam żadnych zasad.
Komentarz autora:
Zastrzega się pełną fikcyjność umieszczonego monologu. Nie wyraża on moich poglądów, ale jest zbudowany na pewnych doświadczeniach z przeszłości, zwłaszcza z okresu młodzieńczej depresji, kiedy to człowiek buntował się przeciw wszystkiemu. Dzięki za przeczytanie moich wypocin;)