Dodano: 28 kwietnia 2010 r., 11:20:44
Ostatnia aktualizacja: 30 kwietnia 2010 r., 16:53:33
Jerzy Jeszke - aktor o wielu twarzach!
Jerzy Jeszke gra u Romana Polańskiego
Czy Pana przyjazd do Polski oznacza, że będzie Pan w najbliższym czasie występował na deskach polskich teatrów? Jaki jest cel Pana przylotu do Warszawy?
- Przyleciałem tylko na weekend, spotkać się ze znajomymi w Polsce.
Kiedy zaczęła się Pana przygoda z teatrami warszawskimi?
- Byłem związany z cudowną sceną Operetki Warszawskiej przy ul. Nowogrodzkiej od 1982 do 1987 roku. Wtedy kierował nią pan dyrektor Ryszard Pietruszki. Następnie ta placówką kierował dyrektor Bogusław Kaczyński. Miałem zaszczyt współpracować z tymi wybitnymi osobowościami.
W 1998 roku Operetka Warszawska została pozbawiona mecenatu państwa i przeszła pod opiekę miasta Warszawa, zmieniając nazwę na Teatr ROMA. Nowy dyrektor Teatru ROMA pan Wojciech Kępczyński gazecie „Życie” mówił: „Zaproponował mi współpracę Jerzy Jeszke, który jest wielkim gwiazdorem musicali firmy Stella w Niemczech. Dla nas to ogromny zaszczyt. Jeszke zagra w jednym z najbliższych przedstawień”. Czy coś z tej współpracy wyszło?
- Tak, w 1998 roku zaproponowałem panu dyrektorowi Wojciechowi Kępczyńskiemu współpracę i poparłem go we wszystkich jego działaniach skierowanych do budowy nowoczesnego musicalowego teatru w Warszawie. Udostępniłem mu całą swoją wiedzę merytoryczną i praktyczną o współczesnym teatrze musicalowym. Zaprosiłem go do Niemiec z całym zespołem administracyjnym by pokazać, czym jest „międzynarodowy teatr muzyczny”. Myślę, że byłem pomocny we wszystkich jego działaniach. W roku 2002 zagrałem w Teatrze ROMA gościnne rolę Engineer’a w „Miss Saigon”. Natomiast Współpraca z zespołem Teatru ROMA była dla mnie dużym wyróżnieniem. Cały czas mam w sobie niezapomniane przeżycia ze współpracy z dyrektorem Wojciechem Kępczyńskim. Cieszy mnie fakt, że Teatr Muzyczny ROMA osiąga wielkie artystyczne sukcesy. Podczas mojego pobytu w Warszawie w 2002 roku niejako „po sąsiedzku” spotkałem się także z Romanem Polańskim, który mieszkał w hotelu Marriott podczas kręcenia zdjęć do „Zemsty” Andrzeja Wajdy. Rozmawialiśmy na temat jego nowego projektu „Taniec Wampirów”.
Przywiózł Pan ze sobą tajemniczą maskę. Czy to maska z „Upiora w Operze? Obecnie Teatr Roma wystawia „Upióra w Operze”? Może otrzymał Pan pozycję występów gościnnych?
- Nie otrzymałem propozycji współpracy z Teatru ROMA. Maska jest z występów w spektaklu „The Phantom of the Opera” („Upiór w Operze”). Od premiery niemieckiej cztery osoby występowały w pierwszej obsadzie do roli Phantoma. Ostatni wykonawca ponad pięć lat śpiewał w pierwszej obsadzie rolę Phantoma, bo nie mogli znaleźć jego następcy. W końcu ogłoszono casting. Miałem zaszczyt z sukcesem przejść światowy casting, którego finał odbył się w 1998 roku na Broadway-u (New York) i zostałem następnym – „piątym” Phantomem – pierwszej obsady. W tej roli występowałem przez kilka sezonów w teatrze Neue Flora w Hamburgu.
Gdzie mieszkał Pan w Warszawie będąc solistą Operetki?
- Na Pradze-Południe, na Saskiej Kępie, niedaleko pani Agnieszki Osieckiej, na ulicy Francuskiej. Wciąż nucę jej piosenkę „Na Francuskiej, na Francuskiej jest niewielka kawiarenka (…) malowanka w śmieszne serca, co znajdują gubiąc się. (…) Na Francuskiej, jak przed lustrem, słońce zmienia swe sukienki…”. Później mieszkałem na ulicy Woronicza, kolo telewizji.
Występował Pan już w „Nędznikach”? Czy wystąpi Pan na planowanej na wrzesień warszawskiej premierze „Nędzników” w reż. Wojciecha Kępczyńskiego?
- Miałem wielki zaszczyt wygrania w 1995 roku światowego castingu do roli Jeana Valjeana u Sir Camerona Mackintosh’a w Londynie i otwarcia tej legendarnej premiery w Duisburgu, na której pojawiło się wiele znamienitych postaci ze świata kultury, polityki m in Michaił Gorbaczow.
W roli Jeana Valjeana występowałem przez wiele sezonów na deskach teatrów niemieckich. Spektakl ten cieszył się wielkim powodzeniem.
W roku 1996 na zaproszenie Sir Camerona Mackintosh’a wystąpiłem w
Royal Albert Hall w Londynie podczas światowej gali z okazji 10-ej rocznicy premiery „Les Miserables”.
Następnie przyjąłem zaproszenie pana dyrektora Macieja Korwina i w 1997 roku wystąpiłem gościnnie w Teatrze Muzycznym w Gdyni, gdzie od 1989 roku wystawiany był spektakl „Nędznicy” w reżyserii Jerzego Gruzy. Na deskach tego teatru zaczynałem swoją profesjonalną karierę artystyczną. Miałem okazję uczyć się od najlepszych, poznałem wiele wyjątkowych osobowości i pedagogów, którzy ukształtowali mnie jako artystę.
Natomiast, jeśli chodzi o „Nędzników” w Teatrze ROMA to mój agent osobiście wysłał dwa razy zaproszenie z konkretną propozycją współpracy panu dyrektorowi Wojciechowi Kępczyńskiemu. Ale do tej pory nie otrzymał odpowiedzi. Jestem otwarty na propozycje. Myślę, że moje doświadczenie było by znaczącą cegiełką w powodzeniu tego projektu.
Kolejny sezon gra Pan w pierwszej obsadzie rolę
Chagala w „Tańcu Wampirów” w reż. Romana Polańskiego. Czy skupia się Pan tylko na scenach międzynarodowych, czy na Pan także inne propozycje z Polski?
- Rzeczywiście, chyba ponad 1800 raz gram rolę Chagala w „Tanz der Vampire” w reżyserii Romana Polańskiego, co jest dla mnie wielkim zaszczytem i wyróżnieniem, bowiem Roman Polański to wielki polski – ba! Światowy artysta. Obecnie występuje na deskach teatru Metronom w Oberhausen, a od 10 lutego w teatrze w Stuttgarcie, także w reżyserii Romana Polańskiego
Z teatrów polskich otrzymałem propozycję od pana dyrektora Macieja Korwina, którego uważam za jednego z najlepszych polskich reżyserów musicalowych - zagrania króla Artura w polskiej prapremierze spektaklu rodem z Broadway’u pt „Spamelot” w Teatrze Muzycznym w Gdyni na jesieni tego roku.
Czy Roman Polański to reżyser, który daje aktorowi „przestrzeń” do kreacji postaci, czy twardo obstaje przy swoich założeniach scenicznych? Jaki to człowiek?
- Nie bez przyczyny człowiek ten osiągnął tak ogromny, światowy sukces. Przede wszystkim jest to człowiek, który pozostał człowiekiem, abstrahując od jego wybryków z czasów młodości, co było tam wtedy modne i normalne. Do tej pory jest prześladowany, szczególnie przez media. Każdy człowiek ma pewne słabości. Nie oceniam go personalnie, on sam musi się z tym zmierzyć. Jest moim ogromnym szczęściem, że dano mi szansę współpracy z tym wielkim artystą.
Cieszę się, że moja praca doprowadziła mnie na skrzyżowanie dróg z Romanem Polańskim. Jest on przede wszystkim wspaniałym człowiekiem i wielkim – naprawdę jednym z największych artystów teatru i kina. Nigdy od niego nie usłyszałem, nigdy nie widziałem, nigdy z jego strony nie odczułem cienia gwiazdorstwa, które notorycznie spotyka się wśród ludzi młodych, którzy niczego nie zrobili, a on przecież zrobił tyle!
Roman Polański zawsze zachowuje się normalnie, odzywa się normalnie, żartuje. Profesjonalnie podchodzi do pracy z aktorem, daje mu swobodę, prowadzi go w sposób profesjonalny. Ale jest to stara, dobra, polska szkoła aktorska i reżyserska. Wielka osobowość! Trudno mi o nim mówić. Bo to, że mogę się nazwać jego przyjacielem, jest dla mnie ogromnym, ogromnym zaszczytem.
Uczyłem się o nim jeszcze w „Studio” i było to moim wielkim marzeniem, by choć raz w życiu uścisnąć mu dłoń. Moim szczęściem jest, że nasze drogi spotkały się na scenie. Potrafię to docenić. Jest człowiekiem skromnym i potrafi docenić naszą współpracę, takie mam odczucia. Potrafi się cieszyć ze swojej pracy i z sukcesów jak dziecko, to niesamowite!
Obchodzi Pan w tym roku jubileusz 30-lecia pracy na scenie. Zagrał Pan już w ponad 50-ciu premierach. Czy ma Pan jakieś nowe cele, wyzwania, szczególną rolę do zagrania? Jak motywuje się Pan do dalszej pracy?
- Nie liczę premier, w których występowałem. Liczby są po to, by ująć moją pracę w jakieś ramy. Nie daję sobie żadnych granic. Będę tak długo pracował, jak zdrowie mi na to pozwoli, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. I jeśli szczęście mi na to pozwoli. Nie mam konkretnych planów. Będą momenty, gdy będę robił sobie małe przerwy na przemyślenia. Nie mam marzeń, co do ról, które chciałbym jeszcze zagrać czy to w małych, czy w wielkich salach. Gdzie będzie sztuka, tam i ja będę. Dokąd mnie sztuka zaprosi - przyjmę to zaproszenie.
Do każdego spektaklu przygotowuję się także poprzez medytację, nie tylko przez praktyczne przygotowanie, rozśpiewanie, powtarzanie tekstu czy scen. Istnieje dobre credo, które usłyszałem kiedyś od swoich profesorów: „Gdy wchodzi się do teatru, wchodzi się do świątyni. Wchodząc do teatru zostawiasz na zewnątrz wszystko, z czym przyszedłeś. Do teatru wchodzisz oczyszczony i wyciszony”. Rzeczywiście coś niesamowitego rodzi się w człowieku, tak jakbyś wchodził do świątyni, zostawiając w domu wszystkie swoje troski, problemy oraz swoje prywatne „ja”. Przed występem skupiam się, medytuję jeszcze dokładnie, by nabrać energetycznie jakiejś „wibracji”. Jestem znowu przygotowany na wyjście na scenę z radością. Idealnie stworzony do tego momentu.
Piscator – wielki teoretyk, filozof teatru i reżyser teatralny napisał bardzo mądre słowa, których na początku nie potrafiłem zrozumieć: „Aktor, który zapomina się i nie widzi różnicy miedzy życiem zawodowym i prywatnym, opuszczając teatr bierze ze sobą teatr w życie prywatne, powinien jak najszybciej opuścić teatr, bo staje się niebezpiecznym człowiekiem”. Pracując w teatrze znajdujemy się w kilku wymiarach. Jest podświadomość, świadomość i nadświadomość. My żyjemy w świadomości tam na zewnątrz. Podświadomość i nadświadomość wykorzystujemy w teatrze. Jeżeli zabieramy je ze sobą na zewnątrz, to świat nie jest na to przygotowany. Jest w historii wiele przykładów ludzi, którzy byli zdolnymi aktorami, lecz nie potrafili uwolnić się od swoich ról granych na scenie; ról, które stwarzali w swoich głowach, i stawali się potworami w życiu prywatnym. To jest bardzo istotne. Dlatego zamykając garderobę, zostawiam postać, którą stworzyłem emocjonalnie w teatrze. Wychodząc na zewnątrz jestem znowu Jurkiem Jeszke. Takie podejście pomaga mi, by następnego dnia, mimo że gram tę samą rolę, w tym samym spektaklu – to jestem świeży. Do każdego występu podchodzę na nowo, z nową energią, nowa siłą. Czysty.
Wystąpił Pan w eliminacjach do konkursu
Eurowizji OSLO 2010, dlaczego?
- Poprzez zabawę do nauki! Prawdziwa sztuka krytyk się nie boi. Zawsze chcę się nauczyć czegoś nowego, zbierać doświadczenia, poznać swoje siły. Nie wstydzę się konfrontacji i ewentualnej porażki
Co Pan czuje, gdy wchodzisz na scenę?
- Porównałbym to do pracy piekarza. Nie mogę sobie wyobrazić, jak człowiek może zrobić wspaniały, dobrze upieczony chleb, który wszystkim smakuje. To jest kwestia talentu! Albo się go ma, albo się go nie ma. To ogromna radość, gdy piekarzowi uda się zrobić ciasto na chleb, jak formuje to ciasto, wsadza do pieca, wyciąga. Ma się wówczas wrażenie wewnętrznego spełnienia emocjonalnego. On jest spełniony, bo wykonał coś, co jemu jest przeznaczone.
Czy po tylu latach ma Pan jeszcze tremę?
- Nie mam termy. Jest oczywiście cień niepewności, że może na sali zasiądzie inna publiczność. Każda publiczność może odebrać mnie przecież inaczej. Nie dotrze do niej mój przekaz, nie będę miał z nią pełnego kontaktu. Może nie uda mi się nawiązać kontaktu z widzami na początku spektaklu, ale dopiero pod jego koniec, albo na odwrót - na początku tak, a na koniec występu stanę się dla nich nudny. To są takie typowe „strachy”. Trema mieści się w ramach spełniania się w zawodzie. Spełniania swojego powołania.
Od kiedy gra Pan koncerty musicalowe?
- Zawsze moim marzeniem było wykonywać autorskie koncerty musicalowe. Najpierw robiliśmy koncerty z Grażyna Brodzińską, w Polsce byliśmy właściwie pionierami pojęcia „aktor musicalowy wykonuje solowy koncert”. Nawet stołeczna Estrada „sprzedawała nas” jako „duet musicalowo-operetkowy”. Układaliśmy sobie repertuar solowy, składaliśmy sobie taki wieczór. Występowaliśmy m In w Sali Kongresowej, razem z Violettą Villas, Marylą Rodowicz, Andrzejem Rosiewiczem i wieloma innymi gwiazdami estrady. Ale zapotrzebowanie na tego typu musicalowo-operetkowe koncerty w latach 80-tych było niewielkie. Nie mieliśmy też bazy na tego typu solowe występy i prawidłowy rozwój takiego wieczoru. Później podobny „stepowy” program próbował układać sobie debiutujący wtedy Janusz Józefowicz, ale zaniechał tego i poszedł inną drogą zakładając Teatr Buffo. Mnie dopiero po latach pracy udało się zdefiniować i przygotować takie solowe występy, najpierw w Niemczech, a następnie na scenach całego świata. Wykorzystywałem do tego celu różne media, obecnie też nowoczesne medium - Internet, gdzie jestem niezależny od różnego rodzaju lobby czy też monopolu agencji artystycznych. Posiadam własną agencję Jerzy Jeszke Art. Promotion. Przez Internet docieram do wszystkich, którzy chcą mnie posłuchać i zobaczyć. To, co teraz wykonuję, jest jakby ukoronowaniem moich marzeń o występach solowych z autorskimi wieczorami koncertowymi. Od 12 lat wykonuję różny repertuar, mniej lub więcej klasyczny, w różnych językach i konwencjach, prezentując go na całym świecie.
Czy będzie go można zobaczyć też w Warszawie?
- Ostatnio występowałem w Portugalii. Jutro lecę na Wyspy Kanaryjskie. Z wielką radością wystąpiłbym również przed warszawską publicznością! Mój program składa się z klasycznych utworów musicalowych np.: „The Phantom of the Opera”, „Les Miserables”, „Miss Saigon”, „The King and I”, „The Producers”, „Jesus Christ Superstar”, „West Side Story”. Wykonuję również utwory filmowe, także połączone ze stepem. W repertuarze znajdują się także klasyczne arie operowe.
Jak wspomina Pan swoją największą sceniczną „wpadkę”?
- Teraz sympatycznie. Największa moja wpadka miała miejsce, gdy byłem solistą Operetki Warszawskiej podczas premiery „My Fair Lady” w 1985 roku. Tak bardzo zaangażowałem się w spektakl grany równolegle - „Huśtawka” - że powiedziałem do grającej Elizę - Grażyny Brodzińskiej: „Gizelo, robi się coraz zimniej”.
Jakie ma Pan credo życiowe?
- Solidnym fundamentem prawdziwej sztuki jest bezkompromisowa prawda!
Dziękuje za rozmowę