Dodano: 02 listopada 2009 r., 16:11:41
Ostatnia aktualizacja: 02 listopada 2009 r., 16:31:01
Spotkać ich na swej drodze, największe nieświadome marzenie
Nie wiem, czy pisanie takich artykułów ma jakiś sens, czy ktoś się nad nimi zatrzyma, zamyśli, czy dotrą do kogoś. Są one osobistym postrzeganiem świata, do tego tak ckliwym, że żałosnym może. Z pewnością przejdą bez echa jako marność nad marnościami. Niemniej jednak zapraszam.
JESIENNE GDYBANIE NAD SENSEM ISTNIENIA
Jestem facetem i zdarzy mi się czasem uronić łzę, czy się tego wstydzę? Nie, niech wstydzą się Ci, którzy się z tego śmieją.
Nie jestem osobą wierzącą, nie wierzę w życie po śmierci. W sumie razem wierzę jedynie w to, co widzę i identyfikuję się w zupełności z teorią ewolucji Darwina, bo sam czasem przypominam swoim zachowaniem małpę. Zresztą, kto by chciał brać udział w balu starców i to całą wieczność, biorąc pod uwagę fakt, że większa ilość odchodzących, to ludzie w podeszłym wieku, nie obrażając ich jednak? Na co mi życie wieczne mając lat siedemdziesiąt chociażby? Taką zachętę, to niech public relation pewnej korporacji zachowa dla siebie.
Z drugiej jednak strony muszę się zgodzić, że pozostanie po mnie jedynie proch, który użyźni glebę. Chociaż na tyle się przydam, może.
SPOTKAĆ ICH NA SWEJ DRODZE, NAJWIĘKSZE NIEŚWIADOME MARZENIE
A teraz do sedna, jeśli w tym artykule jakiekolwiek sedno istnieje. Każdy z nas marzy, to życia gorzkie prawo. Zaraz to chyba było tak „każdemu wolno kochać, to miłości słodkie prawo”, hmm. Nieważne, interpretacja może być dowolna przecież, a tekst główny zapomniany, lub też zmodyfikowany na potrzeby takich właśnie artykułów.
A tak, sedno właśnie. Jedni marzą o podróżach, księciu, czy królewnie z bajki, wspaniałej miłości, o trafienu w LOTTO (o tym marzę cały czas, ale jak przysłowie mówi, TOTO Lotek ciągle buja, Ty mu stówę, on Ci ..., resztę sobie sami dopowiedzcie, tym bardziej, że znowu ceny zakładów poszły w górę, a wygrane stoją w miejscu), a ja od pewnego czasu marzę o spotykaniu nadal takich ludzi jakich spotkałem do tej pory. Tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy, że nasze codzienne życie, marzenia i ich realizacja nie są tylko i wyłącznie naszą zasługą. Choć większości z nas tak się właśnie wydaje i pewnie słusznie.
Zaraz ktoś się odezwie, że każdy jest kowalem swojego losu. Sypę przysłowiami jak jeden polityk z PiS, a przecież jestem wykształciuchem i łże elitą. Ale, ale, nie odbiegajmy od tematu, owszem, pewnie, że jest kowalem, ale kowal potrzebuje do kucia materiałów i narzędzi. Tymi materiałami i narzędziami są właśnie ludzie, których spotykamy. Czasem zdarzają się wadliwe, ale w wiekszości przypadków są dobrym budulcem, na którym możemy się choć trochę wzorować i opierać swoje ja. Chcieć czy nie chcieć i tak coś z nich na nas przechodzi.
Nadal nie wierzycie, no to zastanówcie się co ostatnio zrobiliście sami, bez pomocy innych. No fakt, mogliście umyć zęby, zjeść, kupić buty, etc. Ludzi, którzy to wykonali nie znacie i nie będziecie znać nigdy, ale dzięki nim, inni nie muszą czuć np. zapachu mojej jamy ustnej, po kolejnym zakrapianym spotkaniu z kolegami, moich nieświeżych skarpetek, po kolejnym dniu pracy, etc. Ja jednak nie o tych ludziach mówię. Mówię o tych, którzy pojawili się w naszym życiu i pozostali w nim choćby na minutę.
No dobrze, ktoś powie, że przecież to my kierujemy naszym życiem, marzymy, dążymy i w końcu czasem je realizujemy, tak jak to sobie ułożyliśmy, gdzieś kiedyś w głowach (w przypadku mężczyzn), lub głowie (w przypadku kobiet). Zastanawiam się ile jest w tym tak naprawdę zasługi samych nas, a ile tych, których spotykamy na zakrętach naszego życia.
Im więcej myślę, a trzeba powiedzieć, że czasem się zdarzy i wtedy jest to bardzo bolesny proceder, nie tylko dla mnie, ale dla otoczenia również, coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu i pewnie wielu z Was przyzna mi rację, większość pewnie nie, ale to Ci z daleko posuniętą megalomanią, iż to, co nas spotyka nie jest jednak naszą i tylko wyłącznie naszą zasługą.
Czy realizując się, myślimy o tych, których spotykamy na swojej drodze? Nie sądzę, albo nie mamy na to czasu, albo poprostu jesteśmy tego nieświadomi, albo i to jest najbardziej prawdopodobne poprostu tego nie doceniamy. Myślimy o nich? Pojawili się, bo musieli i odeszli, bo wypełnili swoje przeznaczenie. Czasem ich wspomnimy i na tym się kończy. Nie ma się jednak co zamartwiać, bo to normalna kolej rzeczy. Oni też w taki sposób myślą o nas.
Zastanawiam się ile z tych wszystkich rzeczy, które do tej pory zdobyłem, miejsc, które do tej pory widziałem było zasługą moją, a ile procentowego udziału mają ludzie, których spotkałem. Być może oni sami nie wiedzą, jaki wpływ wywarli na poszczególne etapy mojego życia, a ja dopiero teraz zaczynam to doceniać, teraz, kiedy niektórych z nich już nie ma.
Może moje myśli związane są z procesem starzenia. Mówi się przecież, że człowiek zaczyna studiować swoje życie, gdy stoi nad grobem, albo, kiedy pojawiają się jego latorośle, co u mnie jakiś czas temu się stało. Mnie chyba, patrząc na statystyki umieralności mężczyzn do tego daleko, choć czasem wyskoczy jakiś niespodziewany pik w histogramie. Ja jednak za te moje wynaturzenia winię moją kochaną latorośl, bo nigdzie indziej się jeszcze nie wybieram i żadnym pikiem w histogramie być nie chcę.
Ale, ale, patrząc na swoje życie śmiało mogę powiedzieć, że większa jego część była zainicjowana przeze mnie. Komuś to słowo kojarzy się z jednym, cóż to zdrowo, bo mnie również. Na pewno do tej inicjacji nie należy jego początek, to była zasługa mojego ojca, no i oczywiście matki, która na taką inicjację pozwoliła. Do każdej inicjacji potrzeba jednak czegoś więcej. W naszym przypadku kogoś więcej. Bez tego kogoś cóż możnaby zrobić, nawet zainicjować by się nie dało.
Do rzeczy, nawiązując do moich pierwszych słów, czyli marzeń coraz częściej myślę-marzę o tym, by spotykać na obecnym etapie życia ludzi, którzy w jakiś sposób będą na nie wpływać. Teraz mam świadomość, że potrzebuję bardzo takich ludzi. Marzy mi się, by spotykać tych, którzy będą wpływać pozytywnie, ale biorąc pod uwagę fakt, że człowiek jest najbardziej efektywny i kreatywny, gdy rzuca mu się kłody pod nogi, tych negatywnie wpływających również. Oczywiście musi być w tym napotykaniu odpowiednia równowaga z lekkim odchyleniem do spotykania ludzi pozytywnie wpływających. Jak długo i jaką ilość kłód można w końcu znosić?
Czy jestem egoistycznie nastawiony? Czy myślę tylko o tym by wykorzystać ludzi mi sprzyjających jak i niesprzyjających? Nie sądzę, żeby tak było, no, jeśli już, to jedynie czasem.
Jak napisałem wyżej, zaczynam doceniać, że spotkałem do tej pory ludzi, którzy okazali się wspaniałymi kolegami i przyjaciółmi. Byłbym kłamcą jeśli powiedziałbym, że są idealni, ale kto jest? Ja, na pewno nie. Nie mogę również złego słowa powiedzieć, bo jakbym przed nimi wyglądał. Kto jest bez winy niech rzuci kamień. Upps, wyrwało mi się, choć wierzącym jestem, ale zdecydowanie inaczej. Za dużo oglądania wystapień polityków. Większość spotkanych okazało się ludźmi, przynajmniej na razie i za to im dziękuję.
W tym zwariowanym świecie, który goni przez cały czas, za pieniądzem, co zresztą ja również czynię, oni okazują się być normalniejsi ode mnie. Ich celne i mądre uwagi potrafią dać do myślenia i sprowadzić mnie na ziemię. Śmiem twierdzić, że mogłyby sprowadzić każdego, nawet tego największego, siedzącego w niebie, jeśli istnieje. No może oprócz polityków, którzy lewitują jakby byli na stacji orbitalnej, a nie na matce Ziemi, ale u nich to normalne, żądzą się innymi prawami.
Dlatego też pomiędzy marzeniami o lepszym życiu dla mojej córki, o perfekcyjnym mężu dla mojej żony, wielkiej kasie dla mnie i wyjeździe do Australii lub Nowej Zelandii, ale tak na stałe, marzę również, żebym nadal miał to szczęście spotykania ludzi, ale tylko i wyłącznie ludzi, bo kłód mam już dosyć, czego Wam wszystkim również życzę.
Wyszło, że mam 60 lat i próbuję się wymądzać. Uwierzcie, mam dopiero 34, ale to podobno wiek po Chrystusowy, może to jakaś czarodziejska liczba, kto wie. Ja jednak za proroka się nie uznaję, świętym również nie zamierzam zostać. Nie macie się, zatem czego obawiać, nawracał Was nie będę, bo jak napisałem, każdy jest kowalem swojego losu, ale pewni już nie będziecie, czy w jakiś sposób nie wpłynąłem na Was moim wynurzeniem.
Poza tym weźcie pod uwagę, że mamy listopad, a on zawsze mnie tak nastraja, może wszystko przez to cholerne święto zmarłych, które przywołuje wspomnienia tych, którzy już odeszli, a nie powinni, patrząc na tych, którzy zostali, a odejść powinni.
Pozostaje Was jedynie przeprosić za moją listopadową chandrę i mieć nadzieję, że macie podobnie.
Komentarz autora:
Chciałbym podziękować wszystkim tym, których spotkałem i jeszcze są, tym, których spotkałem, a już ich nie ma, jak również tym, których być może spotkam.