Rodzaj: Reportaż
Dodano: 01 maja 2010 r., 15:22:45
Region: Polska > lubelskie > Lublin
Ostatnia aktualizacja: 01 maja 2010 r., 15:22:45
Rzeźbiarze historii
Bracia Janek, Józef i Stanisław
Wiara warunkuje życie. Wierzmy w początek, jeśli nie istnieje koniec. Wierzmy śmierć, jeśli...

- „Lipka”, szybko, ludzi z NSZ aresztowali! – krzyczy od progu „Klon”.
Janek patrzy na podwładnego, nie wiedząc chyba, jaki rozkaz powinien teraz wydać. Widzę jak szuka czegoś w naprędce, zakłada sweter i szykuje się do wyjścia. Matka stoi w progu między kuchnią a pokojem i powtarza tylko swoje: Janek, Janek między zdrowaśkami.
- Ale panie kapralu, jak to aresztowali? – Próbuję dowiedzieć się czegoś więcej.
- Nie zadawaj głupich pytań – rzuca Janek. – Idziemy!
Chociaż wiem, że nie do mnie zostało skierowanie ostatnie słowo, wkładam palto i ruszam za bratem.
- Nie! – Protestuje natychmiast. - Ktoś musi zostać na wypadek gdyby chłopcy z plutonu pytali.
Jak zawsze tylko pluton się liczy, myślę.
Wychodzą.
Jestem zły o to, że musiałem zostać.
Mogłem poprzeć swoje stanowisko argumentami o pracy w wywiadzie z „Ubogim”… - myślę. - Nie, to i tak by nic nie dało – po głębszym zastanowieniu wszystko przekreślam. – Janek nie byłby sobą, gdyby pozwolił mi iść. Bo w sumie ekonomiczniej byłoby gdyby ktoś został.
Zostałem.
Oglądam się dookoła. Matka nadal stoi w progu i odmawia różaniec, ojciec wygląda przez okno (mimo że na dworze jest ciemno), Stasiek śpi. Mówię matce, żeby się położyła, a sam – wobec tego, że i tak już nie usnę – biorę jakiś stary podręcznik o karabinach maszynowych i udaję, że czytam.
Nie mogę się skupić. Nie jestem w stanie zrozumieć nawet prostego, rozpoczynającego akapit zdania, bo ciągle myślę o tym, co stało się w NSZ.
Nagle – głośne pukanie do drzwi. Ojciec podnosi wzrok. Jeśli zapuka trzy razy – nasz. Zapukał już trzy razy. Nadal puka. Nie pięścią, czymś żelaznym chyba, nikt by tak głośno nie potrafił.
- Öffnen!! Du dummer Polen, mach auf! – Zza drzwi wydobywa się nieprzyjemny, twardy głos.
I wszystko jasne.
Ojciec podchodzi powoli do drzwi. Dotyka klamki, przesuwa zamek. Niemiec wchodzi i natychmiast uderza go w twarz.
- Du alte Pole, wagst du Deutschen nicht aufmachen?! Ich werde dich eine Ordnung gleich beibringen, du...
Patrzę na to przerażony. Jest ich czterech.
Pistolety leżą pod czwartym schodkiem w suterynie...
Zauważam, że jeden z Niemców przygląda mi się z zaciekawieniem. W myślach proszę Boga, by Stach gdzieś uciekł. I żeby Janek nie wrócił.
Staram się zachować spokój. Czuję jak ktoś szarpie mnie za ramie.
- Pójdziesz z nami – mówi po polsku.
W ciężarówce jest jeszcze wielu innych nieznanych mi mężczyzn, jakieś kobiety. Uspokoiło mnie to, że jak dotąd nie spotkałem nikogo z plutonu Janka. Najwidoczniej Niemcy po prostu nie mieli, co robić i zdecydowali, że uszczęśliwią kilka rodzin aresztowaniami, jak też robili często.
Wiem tylko tyle, że jedziemy w kierunku Lublina.
- Pewnie na zamek – mówi ktoś.
Niemców jest w ciężarówce tylko dwóch – stoją przy wejściu, ale nie zwracają na nic uwagi. Nie widzę żadnego ciężkiego przedmiotu, nie widzę chętnych do pomocy. Nie mam pistoletu, nie uciekniemy. Ludzie są przestraszeni, drżą z zimna, boją się. Słyszę tylko szmer, płacz, jakieś ciche rozmowy o dzieciach. Próbuję przejść na drugą stronę z nadzieją, że znajdę – a właściwie – że nie znajdę znajomych. Przechodzę między ławkami, mijam jakiegoś mężczyznę, który leży na gołej posadce. Rozglądam się. Wszędzie to samo. Przestraszone twarze aresztowanych, w kącie jakaś kobieta z małym chłopcem na rękach.
- Ojca nie było to babę z dzieckiem wzięli – słyszę.
- Czyli z listy musiał być.
Pytam o listę.
- A bo podobno niektórych z kartek czytali.
Odchodzę. Siadam obok jakiegoś szczupłego staruszka i próbuję przypomnieć sobie czy Niemcy, którzy przyszli po mnie mieli jakąś kartkę. Czy czytali z czegoś. Jeśli czytali to znaczy, że wiedzą o AK, o Janku, o „Klonie”, o „Ubogim”, o wszystkich. Jeśli czytali…
Nie, w takie panice nie jestem w stanie myśleć. Postanawiam za wszelką cenę zachować spokój. Przypominam sobie słowa jakiejś piosenki, żeby zająć czymś głowę.
Rozkwitały pąki białych róż…
- Janek… Janek…
Nagle uświadamiam sobie, że już nie siedzę, a stoję nieruchomo, że mówię…
To nie Janek, uspokój się - mówię sobie w duchu. - Plutonowy „Lipka” wyszedł ocenić sytuację, jest już w domu na pewno. I „Klon” też. Tak, twój ulubiony dowódca. Ten, z którym będziecie ze Staśkiem ryby po wojnie łowić…
Rozglądam się jeszcze raz. Jeden z pilnujących nas Niemców najwyraźniej zauważył moje poruszenie, bo przeszywa mnie wzrokiem. Mówi coś do kolegi. Ten - szybkim i jakże zdecydowanym krokiem podchodzi, podbiega do stającego w pobliżu zdezorientowanego już całkiem mężczyzny i uderza go w twarz. Nazwany przeze mnie Jankiem trzydziestolatek upada na twardą posadzkę. Przesuwam się w jego kierunku, ale także dostaję policzek.
Przyciskam mocno prawą rękę do twarzy, by zatamować krew. Jestem wściekły, najchętniej rzuciłbym się na tego grubego Niemca, ale próbuję się uspokoić.
Pobicie jednego Szwaba nic by nie dało, jest przecież drugi, Niemcy mają broń, mogliby nas wszystkich pozabijać – tłumaczę sobie w duchu.
Postanawiam siedzieć teraz cicho, żeby Niemcy przestali się mną interesować, a potem – podejść do tego „Janka” i wypytać go o aresztowania. Młody jest, może będzie coś wiedział. Może pracuje w konspiracji? Czwarty Pułk Piechoty? Nie, „Orła” wzięło Gestapo…
Minęło pół godziny.
- W porządku? – Pytam widząc w oczach „Janka” strach i jakąś niechęć. Wygląda jakby miał czegoś dosyć.
Okupacji wszyscy już mamy dosyć.
Nie odpowiada, lecz kiwa głową. Patrzy badawczo.
- Z domu pana zabrali? To tak jak mnie. A mam i żonę i dziecko… - kłamię, żeby zawiązać jakąś rozmowę.
Żona i dziecko nie są dla Niemców niczym nadzwyczajnym.
- Każdego z domu wzięli – odpowiada „Janek”.
Oglądam się dookoła. Niemcy przeglądają jakieś papiery i rozmawiają.
- Józef – decyduję się wreszcie na tą poufałość i podaję nowopoznanemu rękę.
- Andrzej.
- Nie jestem idiotą i nie na pogawędkę przyszedłem tylko po to, żeby się czegoś o tym aresztowaniu dowiedzieć z nadzieją, że od ciebie coś nowego usłyszę – rzucam prosto z mostu.
- A no było aresztowanie, było – odpowiada tonem policjanta. – Ci z NSZ, co ich o pierwszej rano z domu wzięli uciec próbowali – mówi ściszonym głosem.
- I co, udało się? Zwiali? – Pytam zafascynowany.
- Dwóch próbowało, a dziesięciu głowę oddało za to.
Niemcy.
Jesteśmy na zamku. Żadnych księżniczek. Tylko grube mury, żelazne kraty i pięćdziesięciu mężczyzn w celach.
Baszta nocą. Fotografia współczesna
Zamknęli mnie na baszcie. „Janka” już w łaźni skatował jakiś Niemiec z owczarkiem. Bo najpierw trzeba było przeżyć łaźnię. Dziwne te prysznice pod niemieckim batem.
Boję się o Janka. I o cały nasz pluton. Nadal nie wiem czy Szkop, który uderzył ojca trzymał jakąś kartkę.
Wierzymy, że żyjemy. Siedzimy na brudnej pryczy. Mówię „siedzimy”, a nie „siedzę”, bo jest nas trzech. Ja, chorobliwie chudy chłopiec i niski staruszek.
Nie mieli kogo wziąć to dziadka wzięli – powiedziałby ktoś.
Drzwi zamknięte na trzynaście spustów, żyjemy.
Chłopiec z celi jest przygnębiony, staruszek zwija się z bólu, ja boję się odrywania paznokci (za dużo o tym słyszałem…), nie ważne – żyjemy!
Współwięźniowie patrzą w dół, siedzę miedzy nimi i przyglądam się ścianie. Wydrapane hasła, jakieś znaki i imiona ociekają brązową już, całkiem zaschniętą krwią. Cóż to za paradoks, że tak piękne, złotokrwiste litery zdobią szare, szpetne, ponure mury – myślę.
Patrzę na smutne, pełne patriotyzmu znaki i przypomina mi się rzeźbiarski talent Staśka.
- On by mi wyrzeźbił… - przechodzi mi przez myśl.
Po chwili przerażony zdaję sobie sprawę z tego, gdzie jestem i dziękuję Bogu, że nie ma ze mną Staśka.
Myślę o wszystkim i o niczym, chyba mam gorączkę.
- Pojutrze pójdziemy na majówkę – zdaję sobie sprawę, że rozpocząłem rozmowę ze współwięźniami. Nawet nie wiem, o czym, o niczym. Pojutrze pójdziemy na majówkę. Wypadało uprzedzić.
Dziadek poruszył się nagle, a chłopiec uśmiechnął się smutno. Nikt nic nie mówi.
Milczenie jest chlebem!
Trzeba przecież żyć i trzeba w coś wierzyć. Wierzmy, że nie zgnijemy tu na marne, wierzmy, że nasi w końcu przejmą władzę, wierzmy w diabła, w Boga, w cokolwiek. A może naprawdę żyjemy?
Autor: elf17
Komentarz autora:
praca konkursowa (II m.)
Licencja artykułu:
Ten artykuł opublikowany został na licencji:
 
OCEŃ ARTYKUŁ:
Aby oceniać lub proponować zmiany musisz się zalogować. Jeśli nie masz jeszcze konta, załóż je!
Podziel się:
 
Dodaj komentarz:
Podpis:
Treść komentarza:
Pozostało 1000 znaków.
Przepisz kod z obrazka:
Komentarze czytelników:
(08 maja 2010 r., 20:31:42)
Aresztowanie. Na pewno przeżycie zapamiętane na zawsze. Jednak czegoś mi tu brakuje. Może za mało grozy? Jakiegoś finału? Może powinnaś opisać przesłuchanie Janka? Zapewne było typowe, a przez to dramatyczne i zwieńczyłoby opowieść.
Jeśli masz źródło "pod ręką", dopytaj i opisz to jeszcze raz. Pozdrawiam :)
1 - 1 z 1 komentarzy
Zarejestrowany od:
Ostatnio zalogowany:
Suma punktów:
15 listopada 2009 r.
10 marca 2012 r.
2681
Zarejestruj się i na łamach serwisu, tworzonego przez grupę ludzi, którzy dociekają, poznają oraz starają się zrozumieć, a ponadto pragną podzielić się swoimi spostrzeżeniami z innymi, zamieszczaj artykuly na każdy temat:
Gazeta Wirtualna to kanał informacyjny, który nie opowiada się za żadną opcją polityczną, nie liczy zysków i strat z tytułu rozpowszechniania narzuconych treści.
Może stać się największym w Polsce serwisem informacyjnym. Jednak wyłącznie dzięki aktywności użytkowników, którzy dodają, oceniają i komentują nawzajem swoje artykuły.
Najnowsze artykuły
Inne z regionu Polska