Dodano: 04 listopada 2010 r., 14:38:57
Ostatnia aktualizacja: 04 listopada 2010 r., 14:38:57
Lepiej później?
Źródło: www.pwsztar.edu.pl
Niektórzy z nas właściwie powinni być już do tego przyzwyczajeni. Nie powinno to wzbudzać w nas żalu, nie powinniśmy być rozgoryczeni. Ale za każdym razem, gdy to się dzieje, myślimy: "A niech to! Znowu się nie załapałem..."
Pierwszy raz spotkało mnie to w gimnazjum. Stary budynek, pękające ściany, nieszczelne okna, które otwierały się jak za dotknięciem czarodziejskiej, niewidocznej różdżki – albo nie otwierały się wcale. Chodziliśmy wiecznie przeziębieni, potłuczeni (co było wynikiem kroczenia po wypolerowanych tenisówkami schodach). Niemniej jednak czuliśmy między sobą tego ducha szkoły, który towarzyszył wychowankom od dziesięcioleci.
W końcu nadszedł ten dzień. Gimnazjum ukończyliśmy, jedni z lepszym, inni z gorszym rezultatem, ale mimo wszystko w pełnym składzie. Urządziliśmy ognisko, które wszyscy (czy tego chcieliśmy, czy nie) zapamiętaliśmy. Zgodnie stwierdziliśmy, że za szkołą, owszem, tęsknić będziemy, ale poczuliśmy niekwestionowaną ulgę – wreszcie nie będziemy marzli, wreszcie będziemy pokonywać schodu bez strachu o własne życie! Wreszcie wuef nie będzie nam się kojarzył z notorycznie odpadającymi ciężarkami! Wreszcie nie potykaliśmy się o spękany asfalt na boisku!
Dokładnie tydzień później przechodziliśmy całą paczką obok dawnej szkoły. Zaintrygował nas nieprzeciętny ruch na dziedzińcu. Zaciekawieni, podeszliśmy bliżej… Dokładnie dwa miesiące później szkoła chwaliła się nowym ociepleniem, piękną zieloną elewacją, szczelnymi plastikowymi oknami i najlepszym boiskiem w mieście. A to pech… cóż, zdarza się.
Moje liceum w całości pamiętało jeszcze czasy mojej mamy. Wielki czarny napis puścił farbę po tynku, już nie Tadeusz a Adeusz był patronem, bo T gdzieś znikło. Schody już nawet nie były wytarte, schody były w kształcie łuków, wydeptane przez pokolenia żądne wiedzy. Język polski odbywał się w tzw. przewiązce, małej salce, która wcześniej była zapewne jakimś schowkiem na piłki. Na oknach ktoś namalował rybki, zwierzątka i inne cuda. Marzliśmy bardziej niż w gimnazjum, ze schodów spadaliśmy częściej, ale już przynajmniej wuef nie był taki straszny.
Maturę zdaliśmy, wyniki opiliśmy, wybraliśmy też studia. Gdy już na dobre rozpoczęliśmy wakacje, zaintrygował nas nieprzeciętny ruch na parkingu przed liceum… Nowy parking, nowe drzwi, zmieniony rozkład sal, nowe komputery. Koledzy z klasy po dziś dzień ślinią się z zazdrości patrząc na piękną murawę oświetloną dobrymi reflektorami. I tylko elewacji nam nie szkoda, bo cytrynowo-różowo-bordowe ściany z niczym dobrym nam się nie kojarzą. Nie zmienia to jednak faktu, że znowu zostaliśmy czasowo wykiwani.
Ze względu na obrany kierunek studiów (polonistyka), nie miałam wygórowanych wymagań, jeśli idzie o wszelkie udogodnienia. Stół i krzesło – to były jedyne rzeczy, poza nie najgorszą biblioteką, których potrzebowałam. Uczelnia jak uczelnia – rzecz skupiała się na ludziach. Towarzystwo dopisało, polubiliśmy się, zbiliśmy się w grupy. Z niewielkimi zmianami dotrwaliśmy do piątego roku. Nawet na otwarcie Centrum Nowoczesnych Technologii się załapaliśmy (o ile w jakikolwiek sposób nam, polonistom, się przydał. Niemniej miło było w końcu się na jakieś nowości załapać).
Rok temu zaczęto budowę Instytutu Ochrony Zdrowia. I znowu – niby nam, polonistom, na nic potrzebny, ale jednak ma być basen! I znowu – oddadzą do użytku coś fajnego, jak już nas wykurzą.
Pytam się: gdzie ta sprawiedliwość? Co trzeba zrobić, żeby w końcu się załapać na coś nowego? Coś wielkiego i nowego? Być wiecznym studentem? Budować samemu? Zatrudnić się na uczelni? Czemu nie, właściwie wszystko od nas samych zależy. Teraz tylko należy się zastanowić, czy tak bardzo chcemy doczekać końca budowy.