Dodano: 03 kwietnia 2011 r., 14:16:46
Ostatnia aktualizacja: 03 kwietnia 2011 r., 14:16:46
Libia na horyzoncie
Wyglądam przez okno. Widzę bezkresne morze i horyzont, który w świetle porannego słońca wydaje się szczeliną do innego wymiaru. Mam jednak świadomość, że może być tak, że za którymś razem gdy będę tam spoglądał wyłonić się z niego mogą okręty flotylli morskiej. Dlaczego? Dlatego, że wiem, że za tym morzem, całkiem nie daleko, zaczyna się Libia.
Jeszcze kilka miesięcy temu Muammar Kadafi był gościem wielkich tego świata. Podróżował ze swoim namiotem i rozmawiał z głowami mocarstw. Premier Włoch całował nawet jego rękę. Spełniano liczne życzenia i zachcianki. W jednej chwili z przyjaciela i partnera stał się wrogiem świata. Media zaczęły przesyłać potrzebne informacje.
Tak naprawdę nie wiadomo jednak jak to było z Libią. Pojawiła się garstka rebeliantów, których dyktator postanowił usunąć. Usunąć, czyli zabić. Świat oczywiście musiał reagować, ponieważ świat jest cywilizowany i nie zabija się w nim ludzi. Dlatego świat wymyślił plan. Plan godny geniusza. Reprezentacja świata – USA, Wielka Brytania, Francja i Włochy, oraz kilka asekurujących państw ruszą na ratunek cywilom. W obronie porządku światowego będą likwidować każde zagrożenie dla niewinnej ludności cywilnej. Pomyślałem sobie, że nie jest dobrze, bo przecież kuchenka gazowa też grozi wybuchem i mogą ją również chcieć bombardować. Okazało się jednak, że stwarza ona zagrożenie pomijalnie małe w obliczu groźnej miny Kadafiego. Wysłano więc na początek lotnictwo i flotę morską. Nie była to jednak flota zwykła. Tylko gigant strategii mógłby wymyślić, że najlepiej jeśli będzie się ona składała z państw będących byłymi kolonizatorami i okupantami ziemi libijskiej. Francja może trochę mniej, bo ona w zamierzchłych czasach skupiała się na Tunezji, ale Włochy oficjalnie miały we władzy kolonialnej te tereny aż do połowy XXw., a i wcześniej nie były obojętne na uroki bycia kolonizatorem świata. USA oraz Turcja, na kartach historii Libii też nie miały chlubnych zapisów. Zawsze były zagrożeniem i przyczyną licznych problemów dla Libijczyków. Ktoś doskonale znający historyczne zaszłości musiał mieć udział w strategicznych planach światowej misji.
Oficjalnie zaczęto wymagać przestrzegania rezolucji ONZ. Nie wiem w jaki sposób rezydencja dyktatora w Trypolisie mogła zostać zbombardowana, ale widocznie musiała stwarzać jakie zagrożenie dla cywilów – co jest oficjalnie wyznacznikiem otwierania ognia. Nie wiem w jaki sposób koszary wojskowe, oddalone od cywilnej infrastruktury są bezpośrednim zagrożeniem dla przeciętnego beduina, ale widocznie wojsko Kadafiego musiało być zagrożeniem dla skór wielbłądzich, skoro owe koszary bombardowano.
Oficjalnie świat próbuje zakładać białe rękawiczki, ale nie bardzo mu to wychodzi. Co więcej, nie bardzo wiadomo jaki jest cel i czy jest to cel dobry. Przez minione lata, Kadafi nie stwarzał ani zagrożenia, ani problemów. Teraz, gdy rozpoczęto z nim otwartą wojnę jedyną opcją jest doprowadzenie do przejęcia władzy przez rebeliantów. Kim jednak oni są? Nie bardzo wiadomo. Nie wiadomo, czy nie będą bardziej groźni i ekstremalni niż dotychczasowy dyktator. Wielu z nich jest przecież byłymi członkami aparatu władzy. Nie wiadomo, czy gaz bojowy będący dotąd w posiadaniu Kadafiego, nie wpadnie w ręce większych szaleńców. Wszystko byłoby być może pewniejsze gdyby jednostki lądowe światowej misji mogły wkroczyć do Libii. Na to jednak nie zgadzają się żadne ze stron. Ani Kadafi, ani rebelianci nie pozwalają postawić nogi obcego żołnierza na swojej ziemi. Nie dziwię się temu biorąc pod uwagę historię tego kraju.
Pozostaje więc czekać. Czekać na zmiany. Oby na lepsze i obym spoglądając przez okno na rozpostarte morze nie zastanawiał się, czy na horyzoncie zobaczę libijskie statki (nie ważne czy Kadafiego, czy rebeliantów u władzy).