Dodano: 10 lutego 2010 r., 01:46:30
Ostatnia aktualizacja: 10 lutego 2010 r., 17:34:13
Literatura według Kiepskich
Tak! Udało się, przebrnęłam przez te 360 stron i żyję. Nie rozczarowałam się zbytnio, bo lektura rozczarowała mnie całkowicie. Pokonałam najnowszy tom o przygodach Jakuba Wędrowycza!
Seria opowiadań o tym wiejskim głupku, egzorcyście i bimbrowniku zawarta jest w sześciu tomach. Autorem jest wspaniały polski pisarz fantasy, archeolog z wykształcenia i monarchista - Andrzej Pilipiuk. Do samego twórcy nie mam zastrzeżeń. Pomysłowy, spostrzegawczy, bystry. Wie jak zabawnie opisać przypadki codziennego życia i absurdy niemal rodem z peerelowskim produkcji Bareji. Wie też jak łatwo je sprzedać. Doskonale operuje językiem, bawi się słowem i słowotwórstwem. Połączenia wyrazowe i formy zapożyczone z języka rosyjskiego czy ukraińskiego szczególnie przypadły mi do gustu. I nie tylko mi.
Po raz pierwszy o sławnym już Wędrowyczu usłyszałam od znajomych, którzy są również miłośnikami "Dnia świra", "Hydrozagadki" i "Mechanicznej pomarańczy". Było to co najmniej dwa lata temu, kiedy jeszcze fantastyki wystrzegałam się jak ognia, sądząc, że moja wyobraźnia nie podoła wymaganiom pisarzy i stworzonych przez nich światów. Jednak powtarzające się i prześladujące mnie namowy poskutkowały. Tak więc przygodę z polską fantastyką rozpoczęłam od "Kronik Jakuba Wędrowycza". Dziś już wiem, że był to wielki błąd, ale dopiero pierwszy w całej tej historii. Pierwszym tomem byłam zachwycona, pochłonęłam go przez jeden wieczór i chciałam więcej! Jakub urzekł mnie swoim przygłupim światopoglądem, swoim prześmiewczym charakterem, ośmieszaniem polskich przywar i wad. Po tygodniu koledzy z roku zmobilizowani moim ciągłym naleganiem, zebrali kolejne cztery tomy, które zajęły honorowe miejsce na moim czytelniczym parapecie. Skończyła się zimowa sesja, więc sięgnęłam po kolejny fantastyczny tom. Było to więc mniej-więcej rok temu i chyba właśnie zimowa chandra pchnęła mnie do popełnienia kolejnego błędu...
Wszystkie cztery tomy byłyby identyczne, gdyby nie ilustracje na okładkach. Opowiadania w większości nudne i przewidywalne, z wyjątkiem może "Czarownika Iwanowa", które mogę określić moim ulubionym. Reszta? Poranek - picie, południe - picie, wieczór - picie. Potwory, duchy, policja, zombi i małpoludy. Czytam już nie płynnie a monotonnie. Nic się nie dzieje nowego. Kilka ciekawych wątków i interesujących postaci, ale jakoś źle połączonych, zrealizowanych bez polotu. Cztery tomy totalnego "lania wody". Nie wiem czym tu się zachwycać. Wzdycham i zdycham przy kolejnym zamachu na martwego Lenina. PKS-y, stolica i archeolodzy. Przyjaciel próbuje mnie przekonać, że to nie tylko płytkie czytadło, ale przekaz pewnych wartości, jak pozornie głupi serial - "Świat wedłu Kiepskich". I ja się zdecydowanie zgadzam, ale do przekazania istotnego drugiego wymiaru powieści wystarczyłby jeden tom, bo kolejne przynoszą intelektualne cierpienie. Odkładam nareszcie "Zagadkę Kuby Rozpruwacza" i zaczynam oddychać z ulgą, że to koniec tej "wieśniackiej" sagi.
Nie naoddychałam się jednak zbyt głęboko, bo już w sierpniu rozanielony kolega informuje mnie, że właśnie wyszedł najnowszy tom - "Homo Bimbrownikus". Rozkładam ręce, wzruszam ramionami i nie chcę tego nawet oglądać. Jednak przyjaciele o mnie pamiętają i po wielu obietnicach dostarczają mi nieco zużyty egzemplarz. Wszyscy zadowoleni, bo u Jakuba nic się nie zmieniło. Od stronic trochę wieje zgnilizną, nie ze względu na kolejne rozkopywane groby, ale na odkopywane schematy. Tytułowe opowiadanie mogłoby skończyć się w każdym momencie, ale autor przedłuża je w nieskończoność. Niby nic się nie dzieje, ale za to nie dzieje się bardzo, bardzo długo. Jeśli pan Pilipiuk chciał wprowadzić liczne i zaskakujące zwroty akcji, to chyba manewr się nie udał. Szczere kondolencje składam i wyrażam cichą nadzieję, iż był to ostatni z ostatnich tomów. Choć oczywiście zdaję sobie sprawę z finansowych korzyści jakie czerpie szanowny autor z tych wątpliwych bestsellerów.
Apeluję do Czytelników!! Czytajcie i doceniajcie prawdziwą fantastykę! Gdzie świat rzeczywiście rozwija wyobraźnię, gdzie wiatr czuje się we włosach i dreszcze na plecach! Gdzie akcja dąży do rozwiązania a nie do następnych i niekończących się tomów! Poznajcie Lokiego, Achaję, Pawła Koćkę, nie wspominając już o Geralcie (którego porównanie do Wędrowycza jest niemal profanacją!), czy chociażby Mordimera Madderdina. Bo bimbrownik z Wojsławic jest przykładem na to, ze literatura fantastyczna nie koniecznie jest fantastyczna.
Komentarz autora:
Zastrzegam, że samego Pilipiuka naprawdę lubię, a jego "Dziennik Norweski" uważam za rzeczywiście miłą lekturę.