Dodano: 20 czerwca 2010 r., 14:59:46
Ostatnia aktualizacja: 20 czerwca 2010 r., 23:39:39
Małżeństwo to eutanazja dla kobiet
Takie słowa wypowiedziała jedna z moich ulubionych pisarek, Manuela Gretkowska, na wieczorku promującym swoją nową książkę. Na szczęście udział w owym spotkaniu brały same bystre i inteligentne kobiety. W innym wypadku, moja idolka, zostałaby zlinczowana. Nic bowiem tak, nas Polaków nie boli, jak właśnie niekonwencjonalność i swoboda w myśleniu.
Może dlatego sława Gretkowskiej nie przypomina sławy takiej na przykład Grocholi, której opowiadania tylko z pozoru są feministyczne. Manuela w swojej prozie bywa gorzka i bezkompromisowa, co niewątpliwie wynika z jej charakteru. Daleko jej do tak powszechnego obecnie zakłamania. Jej szczerość jest wręcz powalająca. Jako wykształcona osoba, filozof, dr antropologi, nie wstydzi się przyznać np. do dysleksji. Cóż, słyszałam, że ci ignoranci gramatyczni są z reguły bardziej inteligentni. Pewnie przyznałabym temu stwierdzeniu słuszność, ale przez wrodzoną skromność tego nie zrobię, gdyż sama dyslektykiem jestem.
Wrócę natomiast do słów zawartych w tytule: małżeństwo to eutanazja dla kobiet. Czy możliwe, żeby to, o czym śni i marzy każda kobieta było zwykłym jej uśmiercaniem? Na pewno nie chodziło autorce "Polki" o śmierć fizyczną. Domniemam, że eutanazja owa dotyka kobiecego ducha, rozumianego bardziej w metafizyczny niż ziemski sposób. Czy to możliwe? Myślę, że tak, bowiem ilekroć patrzę na mężatki, nieodparte odnoszę wrażenie, że nie z żywą lecz z martwą mam styczność istotą. To już nie ona jest ważna lecz stojący przy niej mężczyzna. Kobieta-bluszcz, tak można by nazwać ową nową, rodzącą się w kobiecie po ślubie istotę. Bluszcz bowiem, to roślina, której pnącza wspinają się dzięki drobnym korzeniom przybyszowym, tworzącym się na płonnych pędach. Tak samoż owa mężatka oplata się wokół swego oblubieńca swą płonną naturą. Płonną, bo nieefektywną, nieskuteczną i nie dającą żadnych rezultatów.

Niczym owa roślina szybko zatraca swój "główny korzeń", który stabilnym i tak nigdy nie był. W zamian tworzy mnóstwo jego alternatyw, w postaci drobnych przyssawek, którymi oplata partnera. Wystarczy jednak odciąć ją od źródła jej istnienia, by w jednej chwili zginęła. Kobieto - bluszczu marny, nasuwa mi się spontanicznie, jako słów innych parafraza. Biedni ci faceci nasi, niejednokrotnie poobrastani tym zielskiem tak, że aż trudno ich dojrzeć. Niektórzy godzą się na to dobrowolnie. Często są to synowie despotycznych i nadopiekuńczych matek. Inni nie tylko, że się na to godzą ale i czerpią z tego przyjemność, chowając kompleks niedowartościowania pod liśćmi swego bluszczu. Tak koegzystują latami tworząc nie dwie żywe neutralne istoty, lecz jedną, będącą niestety tworem li tylko wyimaginowanym. Nie bez kozery narzeczeni całują się często pod jemiołą. Cóż za ironia, powiadam, pasożyt zwiastujący szczęście?! Naturalnie! Mówi się przecież, że małżeństwo to nie dwa lecz jedno ciało: podpora i jego bluszcz, lub jemioła, jak kto woli, dodam okrutnie. Niektóre podpory zresztą, to nawet nie jeden bluszcz na swym ciele uniosą. Jak w przyrodzie, nic dodać nic ująć.
Czasem, kiedy podpora straci na swej wartości, bluszcz oplata się wokół wspólnych im dzieci. Stąd tyle ich poranionych po świecie chodzi. Często spotykam dorosłych już ludzi, którzy przed własną matką czy ojcem skrywają swą prawdziwą naturę, odmienność i niezależność. W tym miejscu znowu na myśl przychodzi mi Gretkowska, widząca w rodzicach zło konieczne, które wymaga uleczenia. Jednak zbyt obszerny jest to temat, by go w tej chwili rozwijać.