Dodano: 01 lutego 2010 r., 16:43:22
Ostatnia aktualizacja: 01 lutego 2010 r., 16:43:22
Metoda strusia
Propaganda, wspierana zapewne aktywnie przez lobby producentów kasków i lobby właścicieli wypożyczalni sprzętu narciarskiego, sprawiła, że od tego roku obowiązek noszenia kasków na stokach dla dzieci do lat 15tu wszedł w życie.
Jakkolwiek słuszne miałyby być argumenty zwolenników zbrojenia się w kaski na stoku, nie można nie zauważyć, że problem leży gdzie indziej. A kask, w znikomej zaledwie części, wpływa na bezpieczeństwo TYLKO JEDNEJ osoby na stoku. Jeśli tak, to wprowadzenie tego przepisu dla wybranej części społeczeństwa - do lat 15tu, pod hasłem OGÓLNEGO zwiększania bezpieczeństwa na stokach, to totalna hipokryzja i czysty idiotyzm.
Drugim argumentem jest fakt, że my podatnicy płacimy za leczenie ofiar wypadków na stoku. Płacimy również za wszystkie inne ofiary zdarzeń losowych, ale o tym w kontekście "afery kaskowej" się nie mówiło. Bo na nartach ryzyko jest większe. Nasuwa się logiczne pytanie. Dlaczego zatem nie minimalizuje się ryzyka bez obciążania kieszeni podatnika i jego głowy kaskiem? Ryzyko wcale się nie zmniejsza przez to, że założymy kask. To taka filozofia, jak u strusi. Skoro schowamy głowę w piasek, myślimy, że nas nie widać.
Dzieci jeżdżą szybko, dorośli o wiele szybciej. Nie wierzę, że kask noszony przez 6 latka będzie wystarczającą ochroną w zderzeniu z pędzącym 90 kilowym samcem z założonymi na stopy półtorametrowymi ostrzami. W przypadku opisywanego zderzenia, tak czy siak, 20 kilowy "kurczak" zostanie zmieciony ze stoku - nawet gdyby nosił zbroję jak Zawisza Czarny. W dodatku, jeśli przyjąć, że 90 kilowy samiec nienoszący kasku, w wyniku tego zderzenia uszkodzi sobie głowę, to i tak podatnicy zapłacą za leczenie. Leczenie owego samca będzie dużo droższe, bo młode kości szybko się zrastają, a stare... wiadomo. Jeśli przyjąć za wyznacznik tylko argument obciążenia podatników leczeniem ofiar wypadków na stokach, to jak już komuś kazać nosić kaski, to starym, a nie młodym.
Emocje zawsze biorą górę nad logicznym myśleniem. Nie jest zatem dziwne, że łatwiej było zrobić cokolwiek i poczuć się lepiej, niż pomyśleć i zrobić coś sensownego, ale o niebo trudniejszego. Co? Jak już wspomniałem należy minimalizować ryzyko zderzeń na stokach. Jak? Wprowadzając regulacje dotyczące przepustowości. Jeśli na górce o szerokości 20 metrów montuje się wyciąg 4 krzesełkowy, to nie trzeba być geniuszem, żeby zauważyć, że tłok na stoku będzie niemały. Dziś nikt nad tym nie panuje i byle ośla łąka jest obsługiwana przez cztery krzesełka. Powód jest prosty: tu też chodzi o kaski - dużą ilość kaski, dodajmy. Zysk rośnie proporcjonalnie do ilości krzeseł na wyciągu.
Druga sprawa, to nasze fantastyczne nartostrady. Bywa, że trasa dla narciarzy zaawansowanych pokrywa się w 50 procentach z trasą dla początkujących. Trudno wymagać od pierwszych, żeby jeździli wolniej, tak samo jak trudno wymagać, aby drudzy jeździli szybciej. Wypadek to tylko kwestia czasu w takich warunkach.
Trzecia, to zabezpieczenie i oznaczanie samych nartostrad. Tu można pewnie napisać niejedną książkę i podać niejeden przykład „jak tego robić nie należy".
Co należy więc zrobić? Wprowadzić odpowiednie regulacje prawne, które wprowadzą jaki taki ład i porządek na stoku. I tego porządku pilnować. Dostosować przepisami przepustowość wyciągu, do przepustowości stoku. Zamiast kontrolować, czy uczące się jeździć dziecko jedzie w kasku czy nie, kontrolować czy nie istnieje możliwość, że dziecko to wjedzie prosto pod zjeżdżającego kamikaze.
Jeśli więc ktoś łudzi się, że kaski będą skutecznym środkiem zwiększającym bezpieczeństwo na stoku, musiał, być może, nosić za ciasny egzemplarz. Na dzień dzisiejszy, lepszym rozwiązaniem jest pozwolić krwi cyrkulować swobodnie, dzięki czemu czujność na stoku nie będzie przytępiona. Jest wtedy nikła szansa, że nie skończy się jak ten struś, który po wyjęciu głowy z piasku odkrył, że mu siedzenie z piór oskubali.
Komentarz autora:
Więcej czytaj na http://reactor.bloog.pl