Dodano: 22 sierpnia 2010 r., 22:57:24
Ostatnia aktualizacja: 22 sierpnia 2010 r., 22:57:24
Obdarci z pozorów, wieś polska
Postaci wiele, diabeł ten sam
Pani Jola mieszka w Myślikowicach, w jakimś opuszczonym domu. Do najbliższego sąsiada ma pół kilometra i co trzeci dzień gotuje grochówkę. Ma komu gotować, bo doczekała się gromadki dzieci i męża pijaka.
- Franek to dobry człowiek, tylko trochę za bardzo nerwowy – mówi. – Czasami denerwuje się zupełnie bez powodu.
- Przypomniała mi się reklama „Bo zupa była za słona”… - odpowiadam.
- Czasami bije. Dość często. Ale kocham go i nie wyobrażam sobie życia inaczej. To jest nasz bród, nasze ubóstwo, nasze dzieci i nasz problem…
O dzieciach Jola może opowiadać długo. Antek, najmłodszy ma już trzy latka. Łukasz cztery, Kamil siedem, Anulka – dwanaście. I umie już ugotować zupę. Jeśli jest z czego, bo czasami z jedzeniem bywa krucho.
- Poszłabym do pracy, ale z dziećmi nie ma kto zostać. Czasem tylko dorywczo pracuję. Przecież ojciec ich nie upilnuje, bo pijany wiecznie śpi.
Nawet dobrze, kiedy śpi. Bo o nic się nie czepia, nie kradnie, nie krzyczy, nie bije, nie zamyka dzieci w komórce. Czasami tylko prosi o jedzenie i trochę wody.
- Pieniądze bez pytania bierze, ale to dobry chłop. Sam niczego nigdy do domu nie przyniesie, awanturnik jest, ale mój – powtarza bezgranicznie.
Franciszek Gbiela urodził się w 1972r. Pije od 1987. Od 1998 jest przyczyną ubóstwa rodziny, którą wówczas założył.
- Jola wiedziała, w co się pakuje, wiedziała, że on pije. Szkoda mi jej, bo to dobra kobiecina, ale ma to, czego chciała – podsumowuje Elżbieta Mucier, dawna znajoma Jolanty.
Franciszek wygląda jak klasyczny alkoholik. Twarz ma starą, zniszczoną. Włosy długie, broda nieogolona, ubranie podarte, nieświeże, znoszone. Franciszek nosi skórzany pasek, którego jeszcze nie sprzedał ani nie przepił. Wódkę nosi zazwyczaj w kieszeni, kiedyś specjalnie kazał sobie uszyć takie długie. Jola nie skojarzyła, nie wiedziała, że to na magiczny napój. Gdyby wiedziała pewnie by nie uszyła…
Wódka to magiczny napój, bo naprawdę zmienia człowieka. Kiedyś uśmiechnięty, całkiem przyjemny nastolatek stał się śmierdzącym, obdartym, bardzo biednym facetem. Nie tylko on zresztą. Bo takich jak Franek są tysiące, w samych Myślikowicach znalazłoby się kilkudziesięciu. Wszyscy bezrobotni. Siedzą pod sklepem. Ławeczkowi.
- No nie jest tak, że całkiem bezrobotni, pani redaktor… - mówi Waldek spod sklepu, nazwiska nie chce podać. – Jak jest jakaś robota to robimy… Robimy!
Udaję się do gminy i pytam wójta o to, co robi dla bezrobotnych. Odpowiada mi zdawkowo, faktem jest jednak to, że ławeczkowi pracują na robotach. Jeśli u kogoś jest jakiś remont albo, gdy wójt znajdzie pieniądze na naprawę chodnika. Ostatnio stadion poprawiali. Duży teraz jest, ładny, wyremontowany.
- Może coś i z tych robót mu do kieszeni wpadnie. Ale ja nie wnikam. Co zarobi, to przepije. Prawo takie ma. Sam zarobił to i jego – mówi Jolanta.
Pytam ją o dzieci, o nią samą, czy im się nic od życia nie należy.
- A należy się, należy. To, co się należy to i mamy. Dom mamy, póki z dachu się nie leje, mieszkać można. Do kościoła pójdziemy, tyle naszej uciechy jest. A ksiądz proboszcz to i stypendium jakieś dla naszych dzieciaków wymyślił, byleby się dobrze uczyły to i książki będą miały i zeszyty jak trzeba…
Na plebani dowiaduję się, że najstarsze dziecko Gbielów co roku dostaje stypendium, dwieście złotych jednorazowo na podręczniki.
- Wiadomo, że na książki wszystkie nie wystarczy, ale dobre i to – słyszę od miejscowego księdza. – Zawsze jakaś pomoc od parafii jest. Żeby nie mówili, że nie robimy nic…
Wrzesień za pasem, a słoik z pieniędzmi na szafie pani Jolanty jak był pusty, tak stoi.
Komentarz autora:
Imiona, nazwiska oraz nazwa miejscowości zostały zmienione.