Dodano: 25 listopada 2010 r., 01:48:50
Ostatnia aktualizacja: 25 listopada 2010 r., 01:48:50
I nie wzywaj imienia pana na daremno
Przeglądając codzienną prasę natrafiłam na ciekawe stwierdzenie: „Ludzie nie rozumieją pojęcia wojna. Trzecia wojna światowa sprawi, że samo to słowo (wojna) będzie wywoływać lęk”.
Człowiek ma niesamowitą wręcz zdolność do adaptacji, w każdych bodajże warunkach. Najprościej zauważyć to można gasząc w pokoju światło. Wszechogarniając ciemność szybko przechodzi w zwyczajną szarość i to tylko dlatego, że wzrok nasz ma takie (adaptacyjne) a nie inne właściwości. Podobnie rzecz się ma z zimnem, ciepłem a nawet głodem. Ludzkość, dzięki swym zdolnościom przystosowawczym, przetrwa nawet w skrajnych warunkach. „Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni” mówimy czasami i nie jest to zwykła czcza gadanina. Nawet nasza psychika wykazuje owe zdolności przystosowawcze, choć nie zawsze wychodzą nam one korzyść. Cóż to ma jednak wspólnego z problemem poruszonym w nagłówku?
My się wojny nie boimy
Cóż tak naprawdę znaczy słowo wojna? Słowo wojna doczekało się tak wielu znaczeń, że trudno właściwie określić, co oznacza. Wojnę możemy zrobić własnemu szefowi, żonie czy mężowi. Gdzieś tam na świecie toczy się wojna narkotykowa, gdzieś tam jedna firma toczy wojnę z drugą firmą, jakaś teściowa jest w stanie wojny ze swoim zięciem, w piaskownicach dzieci bawią się w wojnę o terytorium, jakaś pani domu, wziąwszy do ręki domestos wypowiedziała wojnę zarazkom, tysiącom zarazków, a w gimnazjach tysiące dziewcząt jest śmiertelnie zakochanych, umiera z miłości, tocząc wojnę z uczuciami.
W zasadzie samo słowo nie niesie za sobą żadnej konkretnej treści. Nawet słowo śmierć wydaje się nie mieć żadnego znaczenia. „Umieram z głodu na widok Danonka”, „zapracowuję się na śmierć” lub „konam ze zmęczenia” mówimy tysiące razy i ani przez moment nie zastanawiamy się, czy aby słusznie użyliśmy takich a nie innych słów.
Relatywizm pojęć
Relatywizm pojęć to taka prawa ręka postmodernizmu. Jego oficjalnym celem jest pogłębienie wolności słowa a nieoficjalnym wprowadzenie dozy pomieszania i znieczulicy do umysłów ludzkich. Zabawa w słowa i znaczenia. Poniekąd sprzyjają temu media. Reklama przecież bazuje na grze słów i skojarzeń. Podobnie film. Śmierć jest pozorem lub chwilową sytuacją. Ten sam aktor, który w jednym filmie ginie bohaterską śmiercią, w innym jest brutalnym bandytą. O grach komputerowych nie wspomnę.
Czy znaczą coś jeszcze słowa: dziwka, cham, pedał, suka, cieć, cwel itd? Tymi epitetami można bezkarnie obrzucić każdego. Jeszcze w czasach, kiedy byłam dzieckiem, grypsowanie było specyficznym, nie tylko językiem, lecz wręcz przywilejem określonej grupy osób. Dzisiaj grypsuje się na podwórku, w szkole, w zasadzie wszędzie. Jeszcze dwadzieścia lat temu „cwelem” określana była konkretna osoba i samo to słowo niosło ze sobą konkretne znaczenie. Dzisiaj „cwelem”, możesz być i ty, drogi czytelniku i to tylko dlatego, że prawa ręka postmodernizmu walczy w wojnie o wolność słowa.
Rozbełtanie intelektualne
Określenia takiego po raz pierwszy użył francuski filozof Jean-François Lyotard w swojej książce „Kondycja ponowoczesna”. Rozbełtanie intelektualne to stan naszego intelektu na dzień dzisiejszy. Słowom brak treści i nam brak treści. Przypominamy piękne owoce w supermarketach. Piękne czerwone jabłka i pomarańczowe cytrusy przyciągają i zwodzą. Cóż z tego, kiedy są jałowe w smaku. Staliśmy się niestety jałowi i bezrefleksyjni.
Nic, ale to nic nie jest już świętością. We Włoszech, na przykład, popularnym przerywnikiem słownym jest „porco Dio” (świński Bóg, Bóg świnia) czy Madonna puttana (dziwka Madonna – i nie chodzi tu o piosenkarkę). Nic nie jest godne szacunku. Można nosić różaniec zamiast korali lub zrywać boki patrząc na rysunek przedstawiający Mohameta w raju, który informuje nowych terrorystów-samobójców, żeby tak się nie pchali, bo chwilowo brakuje dla nich obiecanych w Koranie dziewic. Nie ma też autorytetów. Wszystko można zbezcześcić.

Kalendarz z rozbieraną lalką barbie
Wszystko odnalazło swoją szpetną karykaturę. JP może znaczyć Jan Paweł (papież) albo po prostu „J**ć Policję”. Dzieło pt. „Władca much” ma swojego dublera „Włatcę móch” a wielkość matki Teresy jest równa wielkości księżnej Diany.
Co jest grane?
Wydarzenia ostatnich dni znowu przywołały słowo wojna. Pojawiło się ono w prasie i telewizji, ale czy my wiemy czym jest owa wojna? Czy potrafimy się jeszcze bać? Czy kojarzymy ją z czymkolwiek? Z bólem, płaczem, nieszczęściem lub kaźnią. Podejrzewam, że tylko słowo kaźń może nam dostarczyć pewnych niemiłych wrażeń, których źródła nie rozumiemy. Słowo kaźń nie stało się jeszcze potoczne, przez co nie stało się nijakie.
Czy potrzeba aż trzeciej wojny światowej żeby słowa nabrały znaczenia? Czy aby nie warto już teraz zastanowić się i powrócić do pewnych norm i reguł, by słów na daremno nie używać, bo przecież któż z nas tak naprawdę boi się wojny? Któż z nas zna słów tych znaczenie?