Dodano: 01 lutego 2010 r., 16:39:08
Ostatnia aktualizacja: 01 lutego 2010 r., 16:55:48
To był jedynie zły sen, dla innych to rzeczywistość
źródło: www.img.naszemiasto.pl
Tego dnia musiałem zostać dłużej w pracy. Reklamacja klienta, na którą trzeba odpowiedzieć w ciągu 24 godzin. Dodatkowe polecenie szefa, by potraktować ją priorytetowo, „bo to już kolejna z tego projektu”. Cóż, takie życie!
Zadzwoniłem do żony, z tą jakże wspaniałą dla niej wiadomością. Po kilku minutach tłumaczeń sytuacja została załagodzona.
- Dobrze, odbiorę małą z przedszkola, ale zapłacisz mi za to - usłyszałem w słuchawce.
- Nie ma sprawy, niedziela należy do Ciebie. Możesz wybrać sobie centrum handlowe, gdzie chcesz spędzić czas - rzuciłem, by sprawić, aby się rozchmurzyła.
To było koło 16.00. Zająłem się pracą. 0 17.30 zadzwonił telefon. Spojrzałem na ekran spodziewając się, że będzie to żona. Myliłem się. Dzwoniła dyrektorka przedszkola.
- Dzień dobry - zaczęła. - Czy zamierzacie państwo w dniu dzisiejszym odebrać córkę? - zapytała. Zgłupiałem.
- Nie rozumiem, moja żona miała odebrać małą koło 16.30 - odpowiedziałem jednym tchem.
- Niestety, do tej pory tego nie zrobiła! Ja rozumiem, że pracujecie Państwo do późna, ale proszę postawić się w mojej sytuacji. Wszystkie dzieci zostały już odebrane. Została jedynie Państwa córka, no i ja - kontynuowała.- Dam Panu jeszcze pół godziny, potem zgłaszam sprawę na Policję, nie mogę czekać w nieskończoność! - zagroziła.
- Nie ma takiej potrzeby, zaraz zadzwonię do żony i ją ponaglę - spróbowałem załagodzić sytuację.
- Dzwonię do Pana żony nieprzerwanie od 16.30. Do tej pory nie odebrała i nie oddzwoniła do mnie, chociaż kilkakrotnie nagrałam się jej na pocztę głosową - wyjaśniła.
- Dobrze, zatem proszę mi dać jeszcze 45 minut. Tyle potrzebuję, by dojechać do przedszkola w najgorszym wypadku - dodaję poirytowany zachowaniem żony, jak również niezrozumieniem ze strony dyrektorki.
- Będę na Pana czekać. Wyłączyła się.
Czym prędzej dzwonię do żony, by zesłać na jej głowę gromy w postaci mojego gniewu. Nie odbiera, włącza się poczta głosowa. Nie zostawiam wiadomości. Pędzę do szefa, aby go poinformować, że muszę wyjść i że resztę załatwię w domu. Wychodzę z pracy i gnam do przedszkola.
Udaje mi się dojechać „na czas”. Na holu czeka na mnie dyrektorka wraz z moją córką. Podchodzę, córka rzuca mi się na szyję, a dyrektorka zaczyna:
- Pana żony nadal nie ma - kieruje swoje zirytowanie w moją stronę.
- Proszę mi wierzyć, naprawdę mi przykro. Wyjaśnię całą sytuację. Niestety nadal nie odbiera telefonu. Musiało ją coś zatrzymać w pracy - wyjaśniam.
- Tak, wiem, próbowałam do niej dzwonić i nic.
- Bardzo Pani dziękuję i przepraszam za kłopot.
- Nic się takiego nie stało. Następnym razem proszę jednak mnie powiadomić o takiej sytuacji, będę przygotowana. Sam Pan rozumie - kończy.
- Oczywiście, postaram się, aby taka sytuacja nie miała już miejsca. Jeszcze raz bardzo dziękuję i do widzenia. - tłumaczę się jak dziecko i wychodzę z córką z przedszkola myśląc tylko o tym, jak zwymyślam żonę.
Wchodzimy do domu. Córka rzuca się w świat swoich zabawek, a ja zaczynam dzwonić do żony. Bezskutecznie. Zdenerwowanie sięga zenitu, kiedy słyszę jej charakterystyczny dzwonek telefonu za drzwiami. Pędzę do drzwi, by z miejsca zaatakować. Otwieram… i staję jak wryty. Przede mną dwóch policjantów. Jeden z nich trzyma w ręce torebkę żony. Wyłączam telefon.
- Dzień dobry Panu - zaczyna. Nogi mam niczym z waty, robi mi się czarno przed oczami. Patrzę na niego, a on kontynuuje.
- Czy ta torebka jest Panu znajoma?
- Tak…, to torebka mojej żony - tłumaczę załamanym głosem.
- Mamy dla Pana złą wiadomość - rzuca bez ogródek.
- Jeśli to ma być żart, jakaś ukryta kamera, to proszę mi wierzyć, że pomimo, iż macie Panowie mundury może się to dla Panów źle skończyć - rzucam w ich stronę zdenerwowany.
- Proszę się uspokoić, wejdźmy do środka i porozmawiajmy.
W tym momencie podbiega do mnie córka wołając:
- Mama, mama wróciła - i staje niemniej wryta jak ja, gdy otworzyłem drzwi.
- To nie mama skarbie. Musimy jeszcze poczekać. Idź się pobaw, a ja porozmawiam z Panami - tłumaczę.
Kiedy córka znika w swoim pokoju drugi policjant zaczyna:
- Pana żona miała wypadek. To, co powiem nie będzie przyjemne. Została potrącona przez pijanego kierowcę. Niestety… - zatrzymuje się na chwilę, by przełknąć ślinę.
Po tych słowach czuję, że tracę grunt pod nogami. Policjant łapie mnie pod ramię. Siadam na krześle.
- Jest mi bardzo przykro, ale pańska żona nie żyje. Zginęła na miejscu - kończy.
Nie mogę powstrzymać łez. Nie potrafię wydusić z siebie ani jednego słowa. Brakuje mi powietrza. Zrywam się na równe nogi i podbiegam do okna. Otwieram. Jest, oddycham.
- Wiem, że to cios, ale czy ma Pan z kim zostawić córkę? - pyta. - Musi Pan pojechać z nami, aby zidentyfikować ciało. - dodaje.
Jestem jak w transie, ze słów policjanta wyłapuję jedynie ostatnie, ” zidentyfikować ciało”. Wychodzimy z domu.
- Gdzie jedziemy i dlaczego takim dziwnym samochodem? - pyta mnie córka.
- Musisz pojechać do cioci - tłumaczę. Tatuś ma coś do załatwienia. Potem po Ciebie przyjadę.
- Z mamusią? - pyta z uśmiechem na twarzy.
- Tak, z mamusią - wyjaśniam i odwracam głowę, by nie widziała moich łez, których nie mogę powstrzymać.
Wchodzę do kostnicy wraz z policjantami, mając nadzieję, że są w błędzie, że to jedynie torebka mojej żony. Może została skradziona? Na stole leży ciało przykryte białym prześcieradłem. Obok niego lekarz. Podnosi część zasłaniającą twarz. Świat wali się w jednej sekundzie. Kiwam głową, że to moja żona. Nic więcej nie jestem w stanie z siebie wydusić. Padam na kolana obok stołu. Policjanci podnoszą mnie z podłogi i wyprowadzają na korytarz. Sadzają mnie na ławce i tłumaczą jak do tego doszło, jak zginęła. W głowie tylko jedno pytanie:
- Złapaliście go?! - rzucam.
- Tak, jest na izbie wytrzeźwień. Miał ponad dwa promile w wydychanym powietrzu - wyjaśnia. Kontynuuje i pyta:
- Czy potrzebna Panu pomoc?
Nie słucham go. Jedyne, o czym myślę, to o zabiciu gnoja. Zabiję jak psa, bez żadnych oporów, gdy tylko go zobaczę! Nagle w głowie świta myśl: córka, muszę jechać do córki! Jak?! Po co?! Co ja jej powiem, jak wytłumaczę, że mama nie przyjdzie?! Skłamię! Powiem, że przyjdzie później! Rano! A może, że wyjechała, uciekła od nas! Nie żyje! Myśli na przemian: nie żyje, zabiję gnoja! Córka, co z córką?! Co ja powiem córce?! A co na to żona?! Wariuję! Żona, ona nie żyje! Co ją to obchodzi?! Zaczynam powoli tracić świadomość, zabić, zabić, skurwysyna! Zabiję Cię! Niech tylko dostanę Cię w swoje ręce, zabiję…! Tracę przytomność…
Otwieram oczy. Rozglądam się wokół. Leżę w swoim łóżku. Obok mnie ona, moja żona. Patrzę na nią i nie mogę uwierzyć. Przecież nie żyje. Dotykam jej włosów, jej twarzy, sprawdzam czy oddycha, całuję w usta. Budzi się i zaspanym głosem pyta:
- Co Ty robisz?
- Nic, miałem ochotę Cię pocałować. Śpij. - kończę. Uśmiecha się do mnie i zamyka oczy.
To tylko sen, pieprzony sen, koszmar! Nic więcej. Obudziłem się z niego, na całe szczęście!
Mnie się udało, obudziłem się. Ale rodziny 4,5 tysiąca ofiar, które 2009 roku zginęły z rąk pijanych kierowców ze swoich koszmarów nie obudzą się nigdy (dane wg KGP). Podobno liczba wypadków powodowana przez alkoholowych morderców z roku na rok spada. Powinienem się cieszyć? Politycy mają zatem czyste sumienia? Liczby spadają. Co jednak z tysiącami rodzin, które straciły bliskich?! Czy ten opadający wskaźnik ich zadowala? Czy ich satysfakcjonuje? Co ich to obchodzi!? Oni zostali naznaczeni. Jeśli mnie mój senny koszmar wprowadził w stan szaleństwa, to nie chcę wiedzieć, co czują rodziny ofiar. Kiedy rząd zda sobie sprawę, że potrzebne są ostre posunięcia?! Odbieranie praw jazdy, konfiskata pojazdów, a jeśli to nie pomoże, kratki, tylko te więzienne. Żadna kara dla tych zwyrodnialców nie pomoże odzyskać życia ofiarom, ale być może ich zaostrzenie spowoduje, że kolejni pijani debile nie wsiądą za kółko.
Zastanawiam się, czy nie byłoby słuszne wprowadzenie kodeksu Hammurabiego w stosunku do pijanych kierowców. Palec za palec, ręka za rękę, oko za oko, a w końcu śmierć za śmierć. W poważaniu głębokim mam, że to niehumanitarne! Pytam się: czy odbieranie życia przez pijanych kierowców jest humanitarne?! Nie pomoże?! Analitycy i psychologowie dowodzą, że kara śmierci nie wpływa na zmniejszenie przestępczości. Być może. Jedno jest jednak pewne i nie podważalne. Eliminuje oprawców ze społeczeństwa. Więc może warto spróbować?!
Jeśli ktoś jeszcze ma jakieś wątpliwości, co do karania pijanych kierowców i twierdzi, że każdy ma chwile słabości, to zapraszam do lektury. Pod poniższymi
linkami znajdziecie opisy rodzin „namaszczonych” przez pijanych kierowców. Mężów, którzy stracili swoje żony, żony, które straciły swoich mężów, rodziców, którzy stracili swoje dzieci, dzieci, które straciły swoich rodziców, rodziny, które straciły swoich
bliskich.
Jeżeli to do Was nie dotrze, to polecam kolejną lekturę. Mianowicie
historię pewnej meksykanki, która w wypadku spowodowanym przez pijanego kierowcę płonęła przez 45 sekund. Uprzedzam, że to, co zobaczycie jest drastyczne, ale być może tylko drastyczne rzeczy przemawiają do ludzkiej wyobraźni.
Potencjalny pijany kierowco, mam nadzieję, że powyższe przypadki, a szczególnie ogrom cierpienia osób w nich przedstawionych uzmysłowią Ci, że samochód, to nie zabawka i że trzeba być odpowiedzialnym. Jeśli nie za swoje życie, to chociaż za innych. Oby!!!
Komentarz autora:
Powyższy artykuł jest odpowiedzią na zarzuty odnoszące się do mojego artykułu http://www.gazetawirtualna.pl/artykuly/w_szponach_testimonials,901.html (błahość tematu, płytkość itp) związanego z wykorzystywaniem autorytetów, które nimi jednak nie powinny być, bo same właśnie do opisanych wyżej sytuacji mogą doprowadzić.