Dodano: 05 stycznia 2010 r., 23:16:57
Ostatnia aktualizacja: 06 stycznia 2010 r., 12:06:31
A może tak... "Przepraszam"?
Stoję w ubikacji korporacyjnej. Odcedzam swoje przepełnione po kolejnej konferencji ziemniaki i kontempluję w ciszy. O przepraszam, w jakiej ciszy? Rozkoszuję się odgłosem opadającej uryny na śnieżnobiałą muszlę klozetową.
Moje gdybanie nad sensem istnienia przerywa wejście jednego z moich kolegów inżynierów. Znamy się z widzenia. Korporacja zbliża ludzi, nie na tyle jednak, by powiedzieć sobie cześć lub podać rękę. Chociaż w tym miejscu jedynie oralne powitanie wchodzi w grę, z higienicznego punktu widzenia.
Sądząc po ilości i intensywności odgłosów, kolega z pewnością też jest po spotkaniu. Mój osobisty seans fizjologiczny przeradza się w małe zgromadzenie. Wpatruję się w ścianę, rozmyślam. Kolega wraz ze mną, choć pewności nie mam. Miło spotkać ludzi o tych samych zapatrywaniach i poglądach. Nie wiedziałem, że ubikacja może zbliżać ludzi.
Każdy seans kiedyś musi się skończyć, nawet ten darmowy. Mój dobiega końca. Jak tu nagle z miejsca, gdzie stoi mój kolega, tzw. „znajoma twarz” (w pracy nie ma kolegów, są jedynie znajome twarze), wylatuje w eter bomba akustyczna i nie jest to bynajmniej odgłos opadającej końcówki uryny.
Na mojej twarzy rysuje się zakłopotanie. Nie dość, że bębenki doznały niespodziewanych atrakcji, to jeszcze mój zmysł powonienia mówi mi, że czas zakończyć moją kontemplację i opuścić ten przybytek spokoju. Do tego jeszcze daje o sobie znać moje zażenowanie całą sytuacją.
Kolega, jak gdyby nic się nie stało, zapina rozporek i wychodzi. Na mojej twarzy maluje się, co ja mówię, rzeźbi się, niczym młotem pneumatycznym, zgorszenie. Że niby jak, ja rozumiem, że ubikacja, ale dlaczego w mojej obecności. Czy nie można było puścić „cichego zabójcę” i uciec? A jeśli już kolega zdecydował się puścić w eter bombę akustyczną, to może jakieś przepraszam. Przecież jesteśmy w Europie, a nie w Chinach czy Japonii. Chociaż tam jedynie siorbie się przy jedzeniu, a nie obdarowuje się niechcianą muzyką po konsumpcji.
Lubię posłuchać akustycznych efektów, ale własnych. W zaciszu ubikacji, ale tej domowej. Aczkolwiek nie jak w tym przypadku, obcej mi nutowo. Nie obdarzam i nie zmuszam do słuchania mojej pseudo muzyki innych. Gryzie się to z moim wewnętrznym kodeksem moralnym. No może w wersji MUTE OFF, czasem.
Nie wiem, jak mam rozumieć całą sytuację. Kto i za co tutaj musi przeprosić? Ja? Za to, że poczułem się zażenowany w miejscu niby do tego przeznaczonym? Czy mój kolega, który całkowicie mnie tą sytuacją zaskoczył, by nie powiedzieć zniesmaczył?
Być może jednak mój kolega był tak zażenowany, że sam nie wiedział, co z tym fantem zrobić i ratował się ucieczką. Aczkolwiek miał jeszcze szansę do rehabilitacji w czasie przeprowadzania higieny osobistej, przy umywalkach. Nie zrobił tego jednak.
Czy tak trudno jest powiedzieć przepraszam? Czy to słowo całkowicie znika z naszego słownika oralnego? Kto i co jest odpowiedzialne za taką sytuację? Na czyj karb mogę to zrzucić, by uwolnić się od zniesmaczenia i zażenowania.
Mówię pas. Żądam egzekwowania słów Proszę, Przepraszam, Dziękuję.
Może zacznę od siebie. Przy następnej okazji zażądam słowa „Przepraszam” lub sam je wypowiem.
Komentarz autora:
Pierwszy z cyklu: "Kultura nie boli". Już widzę komentarze, że niesmaczny, błahy, wulgarny, bez stylu itp., ale co tam.