Dodano: 03 czerwca 2009 r., 23:13:41
Ostatnia aktualizacja: 04 czerwca 2009 r., 22:52:53
Polskość - honor czy horror?
Komentarz (nie)zbędny.... ;)
"Poranne zorze, poranne zorze/ Gdy idę w Sopocie nad morzem/ Po plaży brudno-piaskowej/ Bałtyk śmierdzi ropą naftową/ Poranne chodniki/ Gdy idę, nie rozmawiam z nikim/ Jak jest w niedzielę nad ranem/ Po sobotnich balach chodniki zarzygane..." A to Polska właśnie - tak było, tak jest ale czy tak będzie?
Polskość – z czym się to je albo, jakby powiedział jeden z moich ulubionych wykładowców: „czym się to różni od psa?” Chyba niczym. Dlaczego? Bo też potrafi być najlepszym przyjacielem człowieka, szczególnie na tzw. obczyźnie. Potrafi toto ujadać, skomleć, być wierne, bywa nawet spuszczane z łańcucha. Poszczekuje w domu na obcych, lubi być karmione, zwłaszcza kośćmi – uwielbia trupie gnaty. Bywa jak rasowy pudel damulki, którą czasem naśladuje fochając się o byle co. Lubimy nawet szczuć się tym wzajemnie, celując w tym kto kogo bardziej pokąsa. Czasem jest to jak konkurs na to, kto jest bardziej polski, może nawet bardziej niż sam Piast Kołodziej. Nie możemy żyć ani z tym czymś, ani bez tego. Kolejne pytanie: „dlaczego?”, swoją drogą, to chyba jedno z najtrudniejszych pytań, jakie można zadać komukolwiek, dlaczego? Ot taka mała dygresja. A może to choroba? Przenoszona droga płciową czy kropelkową poprzez codzienne ocieranie się o „polskość”. Może wysysamy to z mlekiem matki... Cholera wie...
Kanon
Jak opisać to najtrafniej? Spróbujmy w sposób, że tak powiem, klasyczny. Polskość to patriotyzm, tolerancja (sic!), szacunek dla naszej historii (bądź histerii w niektórych sprawach), katolicyzm (nierzadko w wersji wręcz ultra-hard-dewocyjnej), poszanowanie rodzimej kultury (z wyłączeniem kultury osobistej) i języka, bo w końcu gęśmi czy innym drobiem nie jesteśmy.
No dobrze (mógłbym powiedzieć „no i OK” lub „no i fajnie”, ale „trója z polaka” na maturze dobrych X lat temu do czegoś w końcu zobowiązuje) tyle wstępu... Czy Niemiec, „rusek”, Mongoł, Rumun czy Nigeryjczyk nie może być patriotą? Chyba może, w każdym razie ja mu tego nie bronię. Nawet powinien być i to nie tylko werbalnym, ale takim zwykłym nudnie codziennym, uczciwie pracującym na swój dobrobyt, płacącym podatki, niejeżdżącym na gapę i niekantującym fiskusa.
Katolicyzm – bóg (oj, przepraszam, może powinienem napisać Bóg), honor i ojczyzna... Bla, bla, bla... Może miało to znaczenie jakiś czas temu, gdy rozbiorca/najeźdźca/okupant – niepotrzebne skreślić, był innego wyznania niż jedynie słuszne prawdziwe rzymskokatolickie, odróżniało nas – czytaj biedne polskie ofiary, od nich – złych, butnych, agresywnych wrogów – protestanckich Niemców i Szwedów, prawosławnych Moskali, islamskich Turków, pogańskich Prusów czy Marsjan. Katolik z Hiszpanii, Włoch czy USA jest wart tyle samo to katolik z krainy między Bugiem, Odrą, Bałtykiem i tymi górkami na południu. Przed bogiem, obojętnie jakie ma imię, Jahwe, Allach czy Adonaj, z tego, co mi kładziono do łba, znaczenie ma dusza i uczynki doczesne, a nie to, jakim to ja legitymuję się paszportem.
Tolerancja – bardzo ładne słowo. Polskość i tolerancja to synonimy. To „oczywista oczywistość”. Zaraz to udowodnię. Tolerujemy wszystko, zawsze i wszędzie. Siadanie „po pijaku” za kółkiem, skorumpowanych, za to sprawdzonych urzędasów z Sopotu, gejów i lesbijki – bo w końcu nic do nich nie mamy, pod warunkiem, że są w bezpiecznej odległości około 1000 km, Żydów, Masonów, cyklistów na naszych drogach, no chyba, że jakiś „frajer” spróbuje skorzystać (broń boże!) z tej samej pięknie wyasfaltowanej drogi, co posiadacz czterokołowego, sprowadzonego z zachodu antyku motoryzacji. Zdarza się nawet, że tolerujemy siebie wzajemnie! Sąsiadów z dziećmi, psami czy innym żywym inwentarzem, okładanie dzieciaka czy jego matki za ścianą. Cieszę się, że mieszkam i żyję w tak otwartym i gościnnym kraju.
Dumą napawają nas arcydzieła naszej literatury, którymi moglibyśmy uczciwie chwalić się za granicą, oczywiście, jeśli znalibyśmy jakiś obcy język na tyle, żeby móc powiedzieć coś więcej niż: Hi, my name is Adam, I'm from Poland, I'm looking for any job. Mickiewicz, Sienkiewicz, Słowacki, Miłosz – kochamy ich, czcimy, czytamy, znamy... Z bryków, skrótów, ściąg. Biegle posługujemy się językiem... Złośliwie wywalając ozór w chwilach, gdy naszemu „śmiertelnemu” wrogowi, np. sąsiadowi zdechnie jedyna krowa, jaką miał. Zapewne ukarał go bóg za jego niegodziwe uczynki, wątpliwą moralność, nieuczęszczanie na msze i rodzinę w dawnym NRF-ie.
Co? Coś „nie teges”? Może dlatego, że wyżej wymienione nie opisują „polskości”, tylko społeczeństwo, i to w zasadzie w każdym kraju. Spróbujemy więc inaczej...
Polskość versus reszta świata 1:1
Nie przepadamy za Niemcami. Najeżdżali nas, germanizowali, mordowali, itd. Ale podziwiamy ich organizację, kulturę techniczną, osiągnięcia. Boimy się masowego najazdu butnych Teutonów, którzy bezceremonialnie odbiorą nam nasze pradawne piastowskie ziemie, machając w sądach kwitami i papierami potwierdzającymi ich prawa własności do ziem, budynków, lasów, łąk, pól oraz wody i powietrza... Jednocześnie stwierdzamy, że obecnie euro, a dawniej marka, nie śmierdzi, po czym z radością witamy „germańców” na naszych przygranicznych bazarach, a gdy tylko nadarza się okazja wyjazdu „na saxy” skwapliwie korzystamy.
Nabijamy się z Czechów, że to „dupy” a nie żołnierze, że w 1938 mogli postawić się Hitlerowi itd. Śmieszy nas ich język, po czym wsiadamy do naszych Skód i tłukąc się po polskich bezdrożach docieramy do czeskich autostrad i pędzimy na wycieczkę do Pragi, na knedle i piwo.
Drwimy z Rosjan, z ich cywilizacyjnego niedorozwoju, trzęsąc gaciami, bo może się okazać, że skubani zakręcą nam kurek z gazem. Czechowa, Gogola i Dostojewskiego uznajemy za wybitnych twórców, ale niestety w jakiś sposób spokrewnionych z Iwanem, Borysem czy Olgą z ruskiej mafii. Brzydzi nas ich pijaństwo, ale kupowanie pirackich płyt od Maszy czy Tani już nie. Z przyjemnością posłuchamy rzewnych piosenek Wysockiego czy Okudżawy, pobawimy się przy Leningradzie, pośmiejemy z anegdot Awdiejewa, ale wciąż z pogardą i trwogą będziemy o nich mówić „ruscy”.
Dumę budzi w nas kolejny sprawiedliwy wśród narodów świata, co nie przeszkadza nam wcale nazywać kogoś Żydem, jako synonimem lichwy, wyzysku i cwaniactwa. Cieszyliśmy się z tego, że batalion polskich Żydów rozbijał dywizję sowieckich Arabów w wojnach na Bliskim Wschodzie, po czym zaglądaliśmy do kiosku po pseudonaukowe antysemickie broszurki Lesia Bubla, po drodze mijając urocze hasełka „jude raus” na pobliskich murach smarowane przez kwiat narodowej młodzieży. Ciężko było nam przełknąć gorzką pigułkę pogromu w Jedwabnem.
Oburzenie wzbudzają w nas administracyjne kombinacje z pisownią polskich nazwisk na Litwie czy triki z „Wielkim Wilnem”, czytaj okręgami wyborczymi, ale nie pojawia się ono, gdy chodzi o „bunt” Żeligowskiego i wymuszenie wznowienia kontaktów dyplomatycznych tuż przed wrześniem 1939. Mord na Wołyniu w 1944 przyjemny nie był. Za to burzenie cerkwi 1938 możemy uznać za cool, do czego akurat Ukraińcy mają „nieco” inne podejście...
Polak człowiekowi wilkiem
Uwielbiamy pławić się w naszej żółci i rozdrapywać blizny i rany. Kompromis to słowo, które pozostaje czystą abstrakcją, pojęciem czysto teoretycznym. Nie potrafimy dogadać się nawet co do niektórych rocznic czy świąt, które, paradoksalnie, mogą być rzadkimi okazjami do radości z naszych sukcesów, dla odmiany osiągniętych bezkrwawo. Zamiast tego wykopujemy trupy z teczek i annałów historii. Wolimy zapalać znicze na grobach, oddawać honorowe salwy, wspominać ofiary i oglądać prężne torsy kompanii honorowych. I tu chyba jest pogrzebany przysłowiowy pies. Naszym mottem jest chwała zwyciężonym, tylko, że prawda jest taka, że świat szanuje zwycięzców. I to zwycięzców nikt nie rozlicza. Mało kogo obchodzi, poza nami oczywiście, że tyle czasu byliśmy przedmurzem cywilizacji zachodniej. Olewają to „angole” i „żabojady”, którzy zawsze mogą ripostować czymś równie nośnym – „OK fajnie, my za to nieśliśmy cywilizację niepiśmiennym plemionom Afryki”. Nie raz daliśmy dowód jak Polak potrafi umierać, tylko, tak naprawdę, po co? W imię jakiejś szczytnej idei? Czy może po to, żeby udowodnić światu, albo bardziej sobie, że „damy radę”? I rzeczywiście, potrafimy coś udowodnić, czego dowodem szarża podchmielonych szwoleżerów Kozietulskiego w wąwozie Somosierry. Boso, ale koniecznie w ostrogach... Może nadszedł czas, żeby dać teraz dowód jak Polak potrafi tworzyć, budować, organizować. Dlaczego? Po co? Chociażby po to, żeby nie wyhodować sobie następnego „pokolenia 1200 brutto”, które gdy tylko nadarzy się okazja spakuje się i pryśnie za granicę. Dlatego, że nudzą nas licytacje, który miły starszy pan więcej zrobił dla Polski. I przydałby się jakiś sukces. Syndrom gloria victis udziela się nam w sposób najwyraźniejszy w sporcie. Mecz z Niemcami – dobrze „nasi” grali, ale pech chciał... A po jakimś czasie tandem Szpakowski-Szaranowicz ponownie przypomni całej Polsce pamiętny mecz na Wembley... Małysz, Małysz!! - ale Adaś jest tylko człowiekiem i nie jest wieczny. Kubica – pierwszy i jak dotąd jedyny Polak w Formule 1. Nie kibicować mu to prawie zbrodnia przeciwko polskości, a nie żałować go i nie współczuć z powodu kolejnego niefartu to grzech śmiertelny.
Popularny niegdyś serial „Polskie drogi” przeszedł już do legendy. Tak jak legendarne są polskie autostrady i obwodnice, co do których nikt nie ma wątpliwości, że powinny istnieć. I co z tego, skoro marudząc na dziury w drogach i zakorkowane arterie nie pozwolimy oddać ani piędzi ziemi z naszych kilkuhektarowych latyfundiów pod budowę tychże.
W różnych dyskusjach mądrych głów da się usłyszeć naukowe sformułowanie: wymiana elit, względnie „elyt”. Jak to wygląda u nas? A całkiem dobrze. Owa wymiana sprowadza się to zastąpienia partii „teraz ku..wa my” partią „ku..wa teraz my” i jakoś się to kręci. Może trik zastosowany przez Mojżesza byłby dobrym panaceum. Czterdzieści lat tułaczki po pustyni. Dlaczego Żydzi wędrowali aż tak długo? W końcu, nawet idąc pieszo dystans między Egiptem a Palestyną pokonaliby znacznie szybciej. Odpowiedź: potrzebowali czasu na wymianę pokoleń, niewolnicy nie zbudowaliby państwa... Wymaga to cierpliwości i proste nie jest ale łatwiej będzie odnosić sukcesy bez odwoływania się do oklepanego sloganu: „to wszystko przez komunę”.
Jakiś czas temu oburzenie wywołał „polish joke” o polskich saperach opowiedziany o ile pamiętam w którejś z amerykańskich stacji telewizyjnych. Jak oni mogli?! To przecież my! Polacy! Najwierniejsi z wiernych US sojuszników, a tu taki cios poniżej pasa. No to może teraz chwila relaksu i jakiś nasz dowcip? Ale koniecznie jakiś śmieszny, np. jeden z cyklu „Polak, Rusek i Niemiec”, albo jakiś „żydowski”, typu: co robi mały żydek na kominie? Mało śmieszne? No cóż...
Chyba jednak nie jest aż tak kiepsko. Chwała bogu za Wojewódzkiego, Majewskiego. Za ich wygłupy, żarty, dystans nie tylko do "polish reality" ale także do samych siebie. Chwała też za Kabaret Moralnego Niepokoju i jego wersję historii Polski, pozwala odreagować historyczną histerię i nie ma w tym samobiczowania a to już spory postęp.
The end
Zawsze na coś narzekamy. Na historię, geograficzne położenie, polityków, drogi, pogodę, ceny, słoność zupy... Może nieodzownym, wręcz konstytutywnym elementem polskości jest zrzędzenie i marudzenie. Nieważne czy to wygrana w totka, czy urodziło się dziecko, czy odeszła żona, czy była podwyżka pensji lub opłat na pytanie: „Co u ciebie?” tradycyjnie odpowiemy: „Nic nowego, stara bieda”. I wiecie co?.. Tak sobie myślę, że w końcu powinniśmy z tego zrobić slogan na koszulkę: Jestem Polakiem – Marudzę i narzekam... bo tradycja zobowiązuje, więc pielęgnować ją trzeba. :P
Komentarz autora:
Subiektywnie o wartościach ;)... I tak kocham ten kraj :D