Dodano: 27 kwietnia 2010 r., 18:09:05
Ostatnia aktualizacja: 27 kwietnia 2010 r., 18:58:34
Przy herbacie: Powrót do korzeni
Zdjęcie to prezent od Yeppy i Przema
Herbata i sposób jej parzenia to w niektórych zakątkach świata wręcz obrzęd sakralny. Łyk tej prawdziwej pozostaje w pamięci na długo. Jaśminowa, zielona, z dzikiej róży i ta zwykła, czarna - uwielbiam każdą. Nie wyobrażam sobie świata bez herbaty i herbaty bez świata. Przy herbacie pisze mi się najlepiej.
Przez ostatnie tygodnie w każdą sobotę budzę się wcześniej niż w tzw. dzień roboczy. Wszystko przez jednego z sąsiadów mieszkającego piętro wyżej, który stwierdził, że jego mieszkanie to już nie te wymarzone "cztery kąty" i czas coś wreszcie zmienić. I tak, w każda sobotę, kilka minut po godzinie szóstej rano, budzi mnie złowrogi warkot wiertarki i stukanie młotka. Czuję się tak, jakby sam Wszechmogący krzyczał na mnie z góry, a zastępy aniołów z jego przybocznej gwardii szturmowały mój sufit, który lada moment miałby się zawalić, spaść prosto na moje niegodziwe i grzeszne łoże, doprowadzając do mojej natychmiastowej śmierci i stawienia się przed jego oblicze - oblicze Pana. Ostatniej soboty było jednak inaczej.
Spać położyłem się, jak na mnie, dość późno - około pierwszej w nocy. Piątek był już za mną, ba - cały tydzień był już za mną. Na horyzoncie widziałem weekend, który miałem zamiar spędzić miło. Odłożyłem książkę na stertę innych książek, przykryłem się kołdrą i usnąłem. Sen mój nie trwał jednak długo. W najmniej spodziewanym momencie, czyli w chwili, kiedy zaczyna się ta najlepsza faza "nocnej medytacji", w moim pokoju rozległ się niesamowity rumor. Przebudziłem się i pomyślałem: Szafa się przewróciła? Nie, niby czemu miała by się przewrócić? Obluzowana półka regału znowu nawaliła? Nie, nic ciężkiego na niej nie stało. Zresztą upadająca półka i znajdujący się na niej puchar za wygrane zawody koszykarskie jeszcze z czasów szkoły podstawowej nie narobiłyby takiego harmideru. Brzdęk upadających trofeów oraz upadających – i życiowo, i sportowo - zawodników brzmi zupełnie inaczej. Leniwie odwróciłem się i zaświeciłem lampkę. Światło lekko mnie oślepiło, przetarłem oczy i zobaczyłem rzecz straszną. Wieża Babel, moja prywatna, pokojowa wieże Babel przed momentem się zwaliła. Z biurka – jedynego miejsca w pokoju nieobjętego moimi pedantycznymi zapędami – runęła na podłogę sterta książek, która od jakiegoś czasu rosła sobie spokojnie, sięgając niewyobrażalnych rozmiarów. Wprawdzie zupełnie niedawno, bo w minioną środę, pomyślałem sobie, że tę niecodzienną biblioteczkę należy w końcu uporządkować (najlepiej tak samo, jak płytotekę, w której panuje porządek więcej niż idealny, więcej niż boski, więcej niż jakikolwiek inny porządek świata – mój porządek). Sterta przechylała się od jakiegoś czasu w lewą stronę, a przy każdym dokładaniu kolejnego tytułu chybotała się niebezpiecznie. Wydawało się wręcz, że najmniejszy przeciąg może zakończyć jej żywot. Nic z tych rzeczy. Wieża trzymała się dobrze, rosła w siłę, aż do nocy z piątku na sobotę. Wówczas konstrukcja nie wytrzymała i runęła.
Po całym niema pokoju - niczym po całej ziemi, rozsypały się różne książki - niczym różni ludzie, mówiący różnymi językami. "Tożsamość" Kundery leżała najdalej, gdzieś pod oknem. W sumie nic w tym dziwnego – to właśnie ona była główną przyczyną budowlanej katastrofy mojej wieży Babel, to ten tytuł odłożony został jako ostatni na sam jej wierzchołek. Gdzieś obok znajdował się zbiór złotych myśli znanych ludzi (zastanawiałem się, czy nie adekwatniejsze będzie słowo "zmarłych", ale wciąż liczę, że znajdę wśród setek cytatów myśl kogoś żywego), dalej dużo rzeczy Pilcha, kserokopia tomiku poezji "Państwo P." Sośnickiego. Na skraju biurka, jakby nie mogąc zdecydować się, czy spać, czy też pozostać na wysokościach, wylądowały "Rytmy abo wiersze polskie" Sępa Szarzyńskiego, dalej program nauczania języka polskiego Gdańskiego Wydawnictwa Oświatowego (w zasadzie teraz zacząłem zastanawiać się, dlaczego nie zaopatrzyłem się w jakiś inny, bliższy geograficznie mojemu miejscu zamieszkania, dokument?), "Paw królowej", "Bagdad 67 dni", dwa albumy z kartami NBA, podręcznik do literatury staropolskiej autorstwa profesora Borowskiego (również kserokopia) i wiele innych pozycji.
Wstałem, zacząłem wszystko zbierać i, ku mojemu zdziwieniu, jedynymi nienaruszonymi książkami, jakie zachowały swoje startowe pozycje, były: "Mitologia" Parandowskiego i stara, pamiętająca chyba jeszcze czasy Gierka albo Gomułki (a kto wie – może nawet Bieruta) gigantyczna encyklopedia, do której sięgałem rzadziej niż raz do roku i to raczej jedynie z powódek humorystycznych, aniżeli naukowych (hasła układane typowo ku uciesze ówcześnie miłościwie nam panujących ludzi naprawdę wyglądają zabawnie).
Ułożyłem wszystko ponownie na biurku (teraz mam dwie wieże – szachowe skojarzenia nie są bezpodstawne, aczkolwiek nie wysuwałbym daleko idących wniosków) i zacząłem na nowo odkrywać mity. Tak zeszło mi do samego rana. Nastała godzina szósta, sąsiad włączył wiertarkę. I tak - on teraz przebudowuje swój świat w swoich czterech ścianach, a ja przekartkowuję "Mitologię" Parandowskiego. On na nowo urządza sobie mieszkanie, ja na nowo natomiast urządzam sobie świat literatury, wracając niejako do jej europejskich korzeni.
Komentarz autora:
Podziękowania dla Yeppy i jej kolegi Przema za prezent w postaci zdjęcia herbatki. :)