Dodano: 12 lutego 2010 r., 13:40:03
Ostatnia aktualizacja: 20 marca 2010 r., 13:14:08
,,Weź bracie lagę..."
„Mamo! Weź aparat i zrób zdjęcia soplom naprzeciwko szkoły. Są prześliczne!” Głos z telefonu pałał zachwytem. Ot, artystyczna dusza. Nie minie obojętnie niczego, co spotyka. Przywykłam już do takich reakcji.
Nie spiesząc się wyruszyłam we wskazanym kierunku. No cóż, sople jak sople, ale skoro dziecku się podobają niech je ma, uwiecznione na zdjęciu.
Na ekranie monitora zobaczyłam je na nowo. Dopiero tutaj spostrzegłam, że ich piękno zniszczone zostało przez tło - miejsce, które miały przyozdobić.

Sople
Zadumałam się nad nimi i zasępiłam srodze. Uroda lodowych sopli gryzie się ze szpetotą starych murów, z których obłazi tynk, odsłaniając często blizny wojennych zmagań.
Kilka lat temu los rzucił mnie na starą warszawską Pragę i pokochałam ją całym sercem. Jest żywą legendą czasów, dla których mam specjalny sentyment i nieco inaczej niż inni postrzegam praski ”klimat”.
Być może świadomość tymczasowości zamieszkiwania tu, sprawia, że chłonę atmosferę tej części Warszawy jak przysłowiowa gąbka. Zapamiętuję obrazki z ulicy i scenki z życia tutejszej społeczności. Dyskretnie obserwuję potomków tych: Antków, Maniek, Hanek i Stachów, których historie zna każdy lubiący piosenki podwórkowe, obrazujące folklor przedwojennej Warszawy.
Kilka razy oglądałam spektakl „Czarna Mańka” stworzony przez amatorski zespół , wspierany silnie kapelą o wdzięcznej nazwie „Czarne Motyle”. Na deskach teatrzyku przy Ząbkowskiej grupa młodych artystów doskonale oddaje atmosferę tamtego światka, a raczej półświatka.
Chociaż wolniej niż inne części miasta, zmienia się i Praga. Stare kamienice najpierw opuszczają kłopotliwi lokatorzy, eksmitowani i przenoszeni w różne socjalne miejsca, pozostawiając po sobie pustostany. Łatwo je rozpoznać, bo zamiast szyb, we framugach okien tkwią ciasno ułożone pustaki. Po niedługim zwykle czasie „zwalniają się” pozostałe lokale. Ich okna „zamurowuje się” także.

Jaki los spotka ten dom?
Podwyższane ostatnio do niebotycznych kwot czynsze, bez trudu nakłaniają niezamożnych emerytów do poszukiwania dla siebie innego miejsca. Nowi właściciele kamienic należą do grupy biznesmenów, a nie społeczników, co ochoczo podkreślają i z charytatywnością niewiele mają wspólnego. Cóż, prawo rynku jest dzisiaj sprawą nadrzędną. Im dalej od socjalistycznych naleciałości , tym zdrowiej dla systemu.
Wyburzane staroświeckie kamienice dają miejsce nowym biurowcom i apartamentowcom. Szerzy się i rozrasta nowe, wypierając stare. Na ulicach Pragi częściej można dzisiaj zobaczyć Wietnamczyka niż apasza. Ci ostatni zresztą też już teraz są inni. Nie obowiązuje ich żadna dintojra, czy inny honorowy kodeks. Spowszednieli i w większości stanowią niewyróżniające się niczym szczególnym grupy sprytnych złodziejaszków, takich, jakich spotyka się wszędzie w Polsce.
Ci prascy, mają w sobie jednak, pewnego rodzaju specyficzne znamię. Jakąś pozostałość po tamtych -„morowych”, co to nawet Szkopów zatrzymywali strachem przed „magicznym trójkątem” i nigdzie wtedy bezpieczniej wieczorami nie było jak na Brzeskiej, a chłopaków z konspiracji chroniła słynna w dzielnicy knajpa „Pod Karpiem”. Żandarmi rzadko przekraczali jej progi. Dominowało ogólnie uznane przekonanie, o wyjątkowej brawurze i zręczności w posługiwaniu się ostrzem przez chłopców z Pragi. Legenda o „majchrach” z trójkąta: Brzeska, Białostocka, Ząbkowska, żyje po dziś dzień.
Nigdzie w Polsce nie usłyszy się dzisiaj tak rzuconej wiązanki kwiecistych zwrotów jak tutaj. Mimo woli wywołuje uśmiech, a folklorystycznie zaakcentowane słowa, jako żywo, przypominają przebrzmiałe kiercelakowe dialogi.
Pomiędzy starymi, wąskimi uliczkami, wytycza się w miejscu wyburzonych kamienic deweloperskie działki. Wybudowane domy pośpiesznie ogradza się i izoluje od otoczenia, a solidne bramy i budki ochrony bronią dostępu intruzom. Niełatwo teraz o sąsiedzkie relacje z osiadłymi mieszkańcami. Panuje powszechna nieufność i brak komunikacji społecznej. Stopniowo narasta wzajemna antypatia.

Subtelna granica
Czy należy obawiać się Pragi? Owszem, należy. Zawsze trzeba liczyć się z tym, że kiedy bieda przybiera postać skrajną, a potrzeby nędzarzy nie zostają w najmniejszym stopniu zaspakajane, to wcześniej, czy później dojść może do eskalacji niechęci, która skierowana zostanie przeciw tym, posiadającym cokolwiek. To też prawo rynku i warto o tym pamiętać.
Każdego ranka słyszę pod oknami turkot wózków złomiarzy. Ciągną swoje nocne zdobycze ku pobliskiemu Skupowi Złomu. Jestem spokojna, że ci ludzie zdobyli środki na najpotrzebniejsze wydatki. Wszyscy wiemy niestety, jakie to są potrzeby. Zaniepokoi mnie ewentualna poranna cisza. W czasie, kiedy bezrobocie pobiło kolejny rekord, brak turkotu oznaczać będzie, że zabrakło też i złomu.
Mam nadzieję, że jednak nigdy nie dojdzie do tego, by aktualne stały się na powrót słowa zapomnianej piosenki:
„Weź bracie lagie i chodź na Pragie…”