Dodano: 12 czerwca 2010 r., 20:25:42
Ostatnia aktualizacja: 13 czerwca 2010 r., 11:26:55
Rubinowe oczy
Źródło: http://www.whalesdirect.com/
Sergio jednego z pewnością nauczył się w swojej pracy – w interesach nie ma przyjaźni. Nie można liczyć na nikogo oprócz siebie. Jeśli widzisz okazję – korzystaj z niej, nie dziel się z nikim swymi spostrzeżeniami. Jeśli z tej okazji skorzystasz, nigdy nie chwal się swoim współtowarzyszom. Pożrą cię żywcem.
Sergio Ramos był enterrador, grabarzem. Każdej nocy, w pocie czoła, wraz z sześcioma innymi mężczyznami, wykopywał doły, które następnego dnia miały się stać nowym mieszkaniem dla jakiegoś biedaka. Praca była ciężka – we wsi co chwilę ktoś umierał, dotknięty jakąś śmiertelną chorobą. Nie narzekał jednak – mógł odpoczywać cały dzień, nie martwił się o upały, jakie panowały w południe w Garabandal. Jego zadaniem było wyjść do pracy przed zmierzchem i wrócić przed świtaniem. Mało tego, za swoją pracę otrzymywał sowitą wypłatę, więc do garnka zawsze było co włożyć, a rodzina Ramos uchodziła w wiosce za jedną z najbogatszych. Jednak mimo wielu niezaprzeczalnych korzyści, mało kto chciał się podjąć tej pracy, a sam Sergio czuł, jak ciężar jego profesji przygniatał go każdego ranka, gdy wykończony wracał do swej rodziny.
Od wieków na dźwięk słowa enterrador ludzie w wiosce reagowali płochliwie, czynili znak krzyża, po czym wracali do porzuconych uprzednio zajęć w milczeniu. Nikt nie chciał rozmawiać o grabarzach, nikt nie chciał o nich myśleć. Uważano, że są oni przeklęci, że spiskują przeciwko ziemskiemu życiu, przy wykopywaniu grobów przypisując im przyszłego lokatora. Sama styczność ze zwłokami jako obiektem pracy (choć w rzeczywistości zabroniono grabarzom kontaktu z martwym ciałem, pochówku dokonywał ksiądz, a jego pomocnicy spuszczali w głąb ziemi trumnę, do której uprzednio nieboszczyka włożyła rodzina) była dla ludzi wystarczającym dowodem na to, że enterrador to człowiek skażony dotykiem szatana. Takie podejście mieszkańców spowodowało, że grabarze w tajemnicy trzymali swoją pracę. Każdy wiedział, że ktoś kopie te doły – nikt jednak nie wiedział, kto – poza tymi sześcioma mężczyznami, którzy od dawien dawna trwali w przyrzeczeniu, jakoby nigdy jeden drugiego nie wydał. Rodzinom mówili, że pilnują koni w ogromnych stajniach Ortiza, wielkiego posiadacza ziemskiego, który hodował rumaki dla bogatych amerykańskich panów. Czy im wierzono? Nikt nie kwestionował tych deklaracji, skoro było za co jeść, skoro było gdzie spać.
Tej nocy nad Garabandal niebo było puste. Gwiazdy skryły sie za cienką powłoką mglistego pyłu. Było cicho, gorąco i duszno. Sergio ciężkim krokiem zmierzał ku cmentarzowi. Pocieszał się, że to sobota, że w niedzielę ma wolne, na niedziele jakoś mniej ludzi umiera. Coś jednak nie dawało mu spokoju. Czuł, jak strach ściska mu gardło. Nie był tchórzem, nie wierzył w duchy, mary i inne strachy, ale dziś czuł, jakby szedł na spotkanie ze swym przeznaczeniem.
Na cmentarzu powitał go Delgado, najstarszy z nich. – Hej, Ramos!
Co z tobą, chłopcze? Wyglądasz, jakbyś ducha spotkał! – nie czekając na odpowiedź, zakomunikował z niechęcią – Dziś mamy samobójcę. Małolat się powiesił za spichlerzem dziadków. Gówniarz jeden, nie pomyślał, że babka zawału dostanie, jak go znajdzie. Wieźli ją do Santander do szpitala, 70 km w gotującej się furgonetce – tego nasz młody kolega chyba nie przewidział. – Gdzie reszta naszych? – przerwał mu Sergio. Dopiero teraz zauważył, że na cmentarzu nie ma nikogo oprócz nich. – Bracia Serrano wypili dzisiaj za dużo wina, kto by pomyślał, ze akurat oni będą cierpieć z tego powodu. Moreno siedzi z żoną w Santander, właśnie im się rodzą bliźniaki. Vázquez z kolei dostał pracę w Barcelonie – sprząta biura bogaczom, szczęściarz, zarabia tyle, co my, a jedynym smrodem, jakim będzie musiał się przejmować, będą stołki prześmierdnięte bogatymi tyłkami.
Ramos już go nie słuchał. Wpatrywał się w granatową furgonetkę wiozącą zwłoki. Zanim zatrudnił się na cmentarzu, widywał ją często jadącą przez wioskę. Zawsze myślał, że wiozą w niej chleb. – Ostrożnie! Skurczybyk jest dość ciężki, jak na swoje piętnaście lat. Problemów z nadwagą nie miał, jak go pamiętam, ale czort go wie – może kości miał grube – zawyrokował jeden z przewoźników. Wraz z kierowcą znieśli trumnę z paki i położyli ją na drewnianych stelażach obok kapliczki. Machnęli niedbale grabarzom, po czym odjechali w stronę kościoła. Mieli jeszcze poinformować księdza o tym, kto, gdzie i dlaczego będzie jutro chowany. Ksiądz z pewnością sie spieni – nienawidzi samobójców. Uważał, że powinni iść do piekła wraz ze wszystkimi największymi zbrodniarzami. Opowiadał kiedyś grabarzom, jak bardzo tęskni za czasami, kiedy takiego po samosądzie chowało się poza cmentarzem, twarzą
do dołu. Jak mówił, tylko Bóg ma prawo nas zabić.
Delgado i Ramos wzięli się za kopanie grobu. Delgado, bajkopisarz, zwykle bardzo rozmowny, dziś milczał złowieszczo. Na niebie gromadziły się ciemne chmury. Oni jednak czuli, że pierwszy od miesięcy deszcz, nie będzie takim wybawieniem, jakiego oczekiwali. Napięcie pełzło niczym obrzydliwy robak pod ich skórą, adrenalina budowała niemal każdą żywą komórkę w ich organizmach. Dochodziła północ.
Każdy najmniejszy hałas spowodowałby, że zerwą się przestraszeni do biegu,
ale dźwięk, który usłyszeli był tak rozdzierający, że strach i szok wmurowały ich w ziemię. Nokturn zagrany przez łamiące się drewno, huk zderzenia z ziemią, lawiny metalu oraz odgłos ciała głucho opadającego na górę skarbów, absolutnie nie był tym, czego można było się spodziewać w tej ciszy. Spoglądali na zwłoki piętnastolatka zakrywające kopiec monet, medali, pucharów, biżuterii i sztućców. Leżał twarzą do dołu, z szeroko rozłożonymi rękami i nogami, tak, jakby swymi członkami pragnął ogarnąć skarb, który miał być pochowany wraz z nim; tak, jakby chciał krzyczeć: „Zostawcie! To wszystko moje!”.
Przerażenie mężczyzn ustąpiło miejsca uldze i salwie śmiechu. Czuli, że ich napięcie, ich przeczucie czegoś złego, było siłą, która połamała stelaże i zrzuciła trumnę. Gdy grabarze po kilku minutach doszli do siebie, poczęli zbierać wszystko i wrzucać na powrót do skromnej skrzyni. Chłopca położyli z boku tak, aby przypadkiem nie rozdeptać reki czy głowy. Rodziny często chciały jeszcze raz spojrzeć na swoich bliskich. Widok czaszki roztrzaskanej butem, rozmiar czterdzieści cztery, nie był tym, co powinno się ukazać po zdjęciu wieka. Ostrożnie układali wszystkie skarby. Owszem, kusiło ich, aby coś podebrać. Ich współpracownicy nierzadko konfiskowali biżuterię starszych pań. Wieźli ją później na targ na obrzeżach Santander. W domach mówili, że pan miał dobry dzień i przyznał wszystkim jednorazową premię. Reszta kryła złodziei. Jednak Sergio i Delgado nie kradli. Uważali, że skarby umarlaka są jego własnością, a ten, kto sobie je przywłaszczy, będzie przez nie cierpiał. Możliwe, że to wierzenie było dla nich odbiciem się za to, co inni ludzie mówili o grabarzach. Oni też musieli mieć swoje przesądy. Delikatnie układali kosztowne widelce z wyrzeźbionymi kwiatami, drogie monety z XIX wieku, złote koty z rubinowymi oczami, okazałe pierścienie wysadzane misternie szlifowanymi klejnotami.
Gdy ułożyli w trumnie wszystkie kosztowności, ostrożnie przenieśli chłopca na skromne, bawełniane prześcieradło, które przykrywało skarby. Co jak co, ale on też kiedyś był człowiekiem – należy mu sie szacunek. Czy z siną pręgą wokół szyi, czy bez. Uprzedzenia księdza do samobójców były im obce. Nawet Delgado, który czuł żal do chłopca o to, że nie pomyślał o swych bliskich, nie był juz zły. Przykro mu było, że młody nie zasmakuje pełni życia tak, jak mieli to okazję zrobić oni – ci, którzy przygotowali mu nowe mieszkanie. Dół zabezpieczyli, a trumnę przenieśli do kaplicy. Wypalili jeszcze po papierosie, wymienili kilka zdawkowych uwag o pogodzie, po czym rozeszli się do domów.
Mimo że noc minęła, Sergio wciąż czuł się nieswojo. Odganiał od siebie ciężkie myśli niczym natrętne muchy, jednak nadal słyszał ich uporczywe bzyczenie. Zjadł przygotowane przez żonę śniadanie, uściskał dzieci na dzień dobry, kazał im być ostrożnym (niedziela to dzień targu, wszyscy wymieniają się dobrami na straganach nieopodal kościoła. Cmentarz jest wtedy całkowicie pusty, już niejednokrotnie grabarze zastanawiali się, czy nie pracować i w dzień, jednak ryzyko napotkania jakiegoś zbłąkanego mieszkańca Garabandal odciągałoby ich uwagę od pracy, a ich rozkojarzenie mogłoby nawet doprowadzić do wypadku. Porzucili
więc ten pomysł), po czym udał się na spoczynek. Cały dzień dręczyły go koszmary. Gdy się budził, zwalał winę na uporczywy upał, burzowe, duszne powietrze oraz zbyt obfite śniadanie, jakie spożył przed snem. Niemniej jednak czuł, że nie tylko w tych szczegółach tkwi sedno jego niepokoju.
Wieczorem wraz z rodziną zasiadł do kolacji. Żona, szczęśliwa, że rodzina zdrowa i w komplecie, nakładała posiłek na talerze. Dzieci, po całodniowych harcach miedzy straganami, miały wilczy apetyt. Pomodlili się, po czym przystąpili do jedzenia. „Czym miałbym się przejmować, no czym?”, pomyślał Sergio Ramos. „Wszyscy jesteśmy zdrowi, nikt z nas nie jest smutny, nie mamy większych zmartwień. Nie szukamy problemów, a abstrakcje zostawiamy malarzom i filozofom. Wiedziemy proste życie, co się nam może stać?”.
- Sergio, zanim wstałeś, dzieci chwaliły mi sie swoimi cudownymi zdobyczami. Zamiast pójść na targ, wybrały się wzdłuż rzeki (tak, juz złoiłam im skórę, przecież mogły sie utopić!) i, nie zgadniesz nigdy, co znalazły – wykrzyknęła podekscytowana żona. Skinieniem głowy wskazała na małą komódkę.
Z komody patrzyła na niego armia złotych kotów. Ich rubinowe oczy świdrowały go, nieczułe na dramat, jaki rozgrywał się w jego umyśle. Sergio spojrzał na dzieci.
Ich niewinne twarzyczki stały się obrazem diabła. Ich malutkie rączki ściągnęły przekleństwo na ten dom. Za ich malutkimi paznokciami wciąż znajdowała się cmentarna ziemia, przykrywająca teraz grubą warstwą piętnastolatka z siną pręgą wokół szyi. Dramat samobójcy stał się jego dramatem. Wtedy uświadomił sobie, że nie tylko on jest odpowiedzialny za swój własny los. Powoli wstał od stołu, otarł zaschnięte usta, po czym ruszył ku wyjściu. Jego serce
nie biło, jego oddech nie przyspieszał, za to świat robił się coraz mniejszy. Potknął się o próg, upadł na kolana i zwymiotował czarną krwią, tą samą, która płynęła w żyłach jego własnych, małych cmentarnych hien.
Komentarz autora:
Pierwsze bardziej konkretne kroki w czymś, co ma fabułę ;) niestety, nie ma kategorii nadającej się dla tego typu tekstu. Nawiasem mowiąc, zmienia mi niektóre przecinki na pionowe krechy, też tak macie? W innych tekstach na GW też.