Dodano: 01 września 2010 r., 04:29:54
Ostatnia aktualizacja: 02 września 2010 r., 11:51:27
Sierpniowa nerwica natręctw
"To było parę godzin orwellowskiej nienawiści" – uznał marszałek Bogdan Borusewicz, dodając: "Żałuję, że uczestniczyłem w uroczystościach". Mnie nie jest przykro, bo "dla triumfu zła potrzeba tylko, żeby dobrzy ludzie nic nie robili".
Nie miałem złudzeń co do przebiegu obchodów 30 rocznicy powstania Solidarności. Zwiodła mnie jednak pycha, podobnie jak demiurga polskiej polityki, albowiem w swoich kalkulacjach nie uwzględniliśmy mnogości czynników kształtujących rzeczywistość. Jej gładką powierzchnię zaburzają niezapowiedziane detale... Kto mógł przewidzieć, że Jarosław Kaczyński wpadnie pod tramwaj?
Przemówienia Prezydenta Bronisława Komorowskiego i Jerzego Buzka, musiały być nieco senne, bo widownia ocknęła się z gwizdem oraz krzykiem, gdy premier Donald Tusk próbował wygłosić zaskakująco wstrzemięźliwe i koncyliacyjne przemówienie. Stawił się, ale na sali jego głos był równie samotny, jak siedzący na na widowni wiekowy delegat, dzierżący w dłoniach transparent z napisem: "2 + 2 = 4". Apel o odszukanie wspólnej pamięci, odwołującej się do pozytywnej energii łączącej ludzi - niezależnie od pochodzenia społecznego czy opcji politycznej - krytyczna autorefleksja: "nikt nie jest idealny" oraz znamienne słowa o niesieniu dobrej nowiny Solidarność dla przeciwników politycznych - także dla ludzi PZPR - podzieliły zgromadzonych. Część z nich nagrodziła je oklaskami, cześć zatkała sobie uszy krzykiem i gwizdami.

Fot. Damian Kramski / AG
W wyniku tego tumultu umknęło mi, że Jerzy Buzek wystąpił na obchodach sierpnia w podwójnej roli - historycznego przewodniczącego pierwszego zjazdu krajowego Solidarności, jak i wygłaszającego uroczyste stanowisko Parlamentu Europejskiego, przewodniczącego tej instytucji. Ot taka ironia losu. Z punktu widzenia otaczającej nas rzeczywistości fakt zgoła niedostrzegalny. Wróćmy jednak do istoty tej rzeczywistości - jej kwintesencji - która to kazała Lechowi Wałęsie zostać w domu, ona również oczekiwała na przemówienie Jarosława Kaczyńskiego, po którym "kropkę nad i" postawić miał Przewodniczący Śniadek.
Prezes zaczął od wspomnień o śp. Prezydencie Lechu Kaczyńskim. Wskazał na jego rolę w sierpniowym strajku, następnie uwypuklił socjalny charakter postulatów, o które walczyli strajkujący, poświęcając szczególną troskę kwestii godności pracownika i gwarantujących ją praw pracowniczych. Można by uznać, że wyważona "baza" pociągnie za sobą "nadbudowę", która skłoni do refleksji, zbliży zwaśnione strony. Prezes skończył już z kampanijnym nieporozumieniem malującym się dotychczas na jego twarzy. Jak nigdy dotąd jego krzyk miał wagę niesionych nim niskich emocji. Jarosław Kaczyński czuł się swobodnie, pewnie, wyraźnie było widać, że żadne z wypowiedzianych słów nie było przypadkowe - pełen profesjonalizm. Przemówienie było porywające, najlepsze jakie słyszałem w jego wykonaniu... ukazujące w namacalny, bezpośredni sposób pełne spektrum jego umiejętności oratorskich, politycznych, służących spiętrzaniu negatywnych emocji oraz umacnianiu podziałów społecznych.
Prezes lubuje się w ciekawych analogiach historycznych, za pomocą których opisuje on naszą teraźniejszość. I tak spór o krzyż zestawia z postulatem Solidarności - ruchu "domagającego się religii w życiu publicznym", zapomniawszy dodać, że żądanie to skierowano do państwa komunistycznego, gwałcącego wolności i prawa obywatelskie?
Nie mogło zabraknąć odniesienia do "manipulacji", będącej narzędziem aparatu propagandy PRL-u. Jego monopolu na opis rzeczywistości i przekaz informacji, który zdaniem Prezesa tożsamy jest z działaniem dzisiejszych mediów i wiadomych polityków:
"Nie wolno ludźmi manipulować, nie wolno ludzi oszukiwać. Nie wolno zmieniać znaczenia słów, bo to też manipulacja – a tak często się z nią spotykamy także na tej sali." Zabawne, bo chwile
wcześniej Prezes zdawał się wznosić na wyżyny swoich zdolności do manipulowania słowem:
"dziś mamy sytuację, którą można opisać tak: jest w Polsce wolność, ułomna, z przywilejami dla jednych, z dyskryminacją dla innych, ale jest". Jak widać Jarosław Kaczyński bywa autoironiczny. Może manipulacje Marka Migalskiego skłoniły go do tej nonszalancji?
Najlepsze jednak Prezes zostawił na koniec, budując przewrotną, choć wyjątkowo użyteczną wizję teraźniejszych skutków sierpnia 80. Nikt nie był zaskoczony, gdy Jarosław Kaczyński skonfrontował problemy związane ze stosowaniem kodeksu pracy z wymogami ekonomii, jakie przed przedsiębiorstwem stawia wolny rynek. Wszak nie rozumieją tego działacze Solidarności, nie rozumie tego również Prezes, mówiący do zgromadzonych:
"praca nie jest czymś, co można traktować jak koszt, który należy redukować." Ten akcentowany podział na przedsiębiorców i robotników, PiS eksploatuje nie od dziś, wskazując przy tym, że naczelnym celem przedsiębiorców jest wyzysk pracowników. To podoba się publice, tym bardziej, że Prezes zgrabnie spina wątek ekonomiczny historyczną refleksją:
„Solidarność, broniąc wolności, broniąc praw pracowniczych… I ta sprawa, już wtedy, 30 lat temu, stała się, także w Stoczni, przedmiotem sporu. Przybyła tam grupa ludzi o znanych nazwiskach, z autorytetem, ludzi - w żadnym razie tego nie kwestionuję - najlepszej woli. Ale mieli oni inny plan, mieli plan kompromisu, który w istocie, gdyby go realizować, okazał się pozorem, który szybko by się rozwiał. Mój śp. brat miał wtedy zadanie, które było wielkim zaszczytem - reprezentował robotniczą polską odwagę wobec tych ludzi, rozmawiał z nimi, choć przecież sam robotnikiem nie był, ale rozmawiał w imię tych robotniczych, odważnych racji... Mówię o tym dlatego, że ten spór trwa, trwa przez całe ostatnie 30-lecie... Widać go także szczególnie mocno w ostatnich miesiącach. I niejeden raz w historii okazywało się, że chcieć więcej, być bardziej odważnym - to realizm. A chcieć mniej i być bardziej ostrożnym - to droga w istocie do straty wszystkiego, do kapitulacji.” Nie wiem czy wymaga komentarza wizja rejterady pod wodzą Tadeusza Mazowieckiego - notabene obecnego na sali - oraz śp. Bronisława Geremka, którzy zgotowali klasie robotniczej reprezentowanej przez Lecha Kaczyńskiego okrągły stół i dziki kapitalizm. Pisałem już
wielokrotnie na temat warsztatu politycznego PiS, o jego woluntaryzmie i silnie z nim sprzężonej "ludowości" tej partii. Prezes na finiszu swojego manifestu, powiedział to, co powinien powiedzieć na wstępie swojego przemówienia, a co jest mottem jego działalności politycznej:
„Niech żyje to hasło: "Chcemy więcej"! Widownia była zachwycona, w końcu chcemy więcej, choć solidarnie, dla każdego po równo...
Jarosław Kaczyński opuścił scenę triumfujący, pośród owacji związkowców... po drodze miną go tramwaj zwany Henryką Krzywonos, która nieoczekiwanie zabrała, a w zasadzie odebrała głos swojemu szacownemu przedmówcy, zgromadzonym i mnie...
"Słucham tak pana prezesa i powiem szczerze, ja jestem zwykłą kobietą, więc jakbym miała was obrazić, to z góry przepraszam. Krew jaśnista mnie zalewa, bo przecież pan obraża tu nas wszystkich... Dzisiaj słyszę, jeden z panów mówi, że ci panowie, Lech to robił, ten drugi [Tadeusz Mazowiecki] nie, to, przepraszam, oddajmy Bogu, co boskie, więc wszystkim się należy szacunek, jak tu siedzimy... Co wywalczyliśmy po 30 latach. Gwizdy? Nieszanowanie ludzi, którzy tam byli? Kiedy tutaj stanął Donald Tusk i powiedział, że pracował wśród was. To wy wygwizdaliście człowieka, który wtedy pracował dla was, z wami. Jest waszym kolegą Niech pan nie buntuje ludzi przeciwko sobie! Ja panu bardzo współczuję, ale proszę współczuć innym i dać im normalnie żyć, bo wszystko, co pan robi, to, przepraszam bardzo, mnie to obraża, że pan niszczy godność Lecha, to pan ją niszczy, dołuje, naprawdę tak się dzieje."
Po zderzeniu Kaczyńskiego z Henryką Krzywonos i jego ciężkim nokaucie, głos zabrał Przewodniczący Janusz Śniadek, nad którego wystąpieniem nie będę się rozwodził, albowiem jego autor był jedynie tłem dla swojego, jak to ujął "przyjaciela". Za całokształt jego apolitycznej, związkowej działalności, która skupia się na walce o prawa pracownicze, niech świadczą jego słowa skierowane do goszczonego przez niego premiera: "Polacy nie cenią państwa, nie ufają żadnej władzy. Nie chcą brać aktywnego udziału w życiu publicznym. Tanie państwo okazało się bardzo drogim państwem, które nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa swoim obywatelom - więcej - swoim elitom z prezydentem na czele, powodzianom.”
Szukam jakieś puenty, ale wspomniana już Henryka Krzywonos znalazła ją za mnie. W moich oczach reprezentuje ona wszystkie te wartości, które szczególnie cenię sobie u ludzi pracy: szczerość, odwagę cywilną, a nade wszystko uczciwość, która kazała upomnieć się jej o pamięć, prawdę o tamtych dniach, które sportretował Andrzej Wajda w „Człowieku z żelaza”. Może jest jednak tak, jak stwierdził Prezes Kaczyński:
"Pani była łaskawa mnie całkowicie nie zrozumieć; to jest wielkie nieporozumienie". Widać z tego, że tak jak w starych dobrych czasach jest Pani tylko "głupią babą", tarmwajarą, która nie dostąpiła łaski zrozumienia słów genialnej jednostki. Nie warto się tym przejmować Pani Henryko, bo wszyscy w PiS już wiedzą, że z racji bezwolnej, robotniczej natury musiała Pani zostać zmanipulowana, a może nawet opętana przez samego Donalda Tuska. Powinna Pani jak premier Tadeusz Mazowiecki ukryć twarz w dłoniach i przełknąć w milczeniu te kalumnie, ale na szczęście... nasze szczęście, jest Pani tramwajarą, którą zesłała nam Opatrzność, by uczyć nas pokory. Chylę przed Panią czoła.