Dodano: 19 stycznia 2010 r., 22:36:11
Ostatnia aktualizacja: 20 stycznia 2010 r., 01:06:21
Osaka - Universal Studio Japan
Francuzi mają swoją Wieżę Eiffla, park rozrywki Asterix czy też Disneyland. Ten ostatni jak wszystkim powszechnie wiadomo nie jest ich, tylko Amerykanów. Taki mały „gift” dla Francji w podzięce za Statuę Wolności i dla Europy Zachodniej od przyjaciół aliantów.
Japończycy nie chcą i nie mogą być gorsi. Oni naprawdę mają dużo kompleksów. Muszą mieć to, co mają inni i do tego jeszcze…, większe. Nas skopiować nie mogą. My nie możemy się niczym pochwalić. My jako Polska. Byłbym niesprawiedliwy. Nie możemy się pochwalić, jeśli brać pod uwagę parki rozrywki. No chyba, że do tej kategorii zaliczymy ligowe mecze piłki kopanej i urządzane przez „kibiców festyny” na stadionach lub też wokół nich. Jeśli tak do tego podejdziemy, to rzeczywiście mamy, ale chwalić się chyba raczej nie powinniśmy. Jest jednak pewna rzecz, o przepraszam osoba, której Japończycy nam zazdroszczą i to cholernie. Bardzo, ale to bardzo cholernie zazdroszczą nam Fryderyka Chopina. Gdyby tylko mogli to by biednego Fryderyka znaturalizowali. Przypomina mi to naszą sytuację z naturalizowaniem piłkarzy, by wreszcie odnieść jakiś większy sukces.
Jak wiecie, a może nie wiecie Japończycy konkurują z Francuzami. Doskonale widać ten „proceder” na przykładzie szybkich koleji. Francuskiej TGV i japońskiej SHINKANSEN. Dlatego też Parku ASTERIXA nie chcieli, bo francuski. Oni wolą zdecydowanie wszystko to, co ma w nazwie MADE IN USA, a nie FABRIGUE EN FRANCE.
W związku z tym, że naród japoński bardzo kocha naród amerykański i marzeniem większej części młodego pokolenia nie jest już wejście na górę FUJI-SAN, lecz wakacje, tudzież pobyt w Stanach, to właśnie od Amerykanów zapożyczyli park rozrywki. Ciekawostką jest, że dla Japończyków każdy biały gajdżin (czyt. obcokrajowiec) mówiący po angielsku musi być z miejsca Amerykaninem. Czasem trudno ich przekonać, że jest się innej nacji. W języku japońskim łatwo również pomylić Polskę (PORANDO) z Holandią (ORANDO). Dlatego też często my Polacy brani jesteśmy za Amerykanów i Holendrów właśnie. Może to i dobrze. Już widzę oburzenie na twarzach wszystkich prawicowych polityków, patriotów i nacjonalistów tudzież faszystów.
Jak już wspomniałem Japończycy zdecydowali, że całe swoje życie zwiążą ze Stanami. Nie potrafię zrozumieć, czemu?! Jak mniemam przyczyną chyba był prezent w postaci bomby atomowej i sumienie amerykańskich bohaterów, a może obopólne interesy (nadzór nad jednym z państw Osi po zakończeniu działań wojennych). Takie tam podziękowanie za udostępnienie wyspy Okinawa na potrzeby baz wojskowych amerykańskiego nadzorcy. Nieważne, jak chcieli tak zrobili i w OSACE park UNIVERSAL STUDIO postawili. Zaczynam rymować, robi się niebezpiecznie.
UNIVERSAL STUDIO JAPAN, bo tak oficjalnie brzmi nazwa, jak się pewnie domyślacie związane jest z amerykańską wytwórnią filmów. O samym projekcie możecie sobie przeczytać więcej na
oficjalnej stronie. Niestety dla niektórych w języku angielskim. Jakżesz mi „przykro”. Do nauki wałkonie! Niech to będzie moja słodka zemsta.
Obszar parku rozrywki jest bardzo rozległy. Powiedziałbym, że nawet ogromnie rozległy. Tworzę niczym nasz „wspaniały” prezydent-poliglota. Jeśli chcielibyście zobaczyć wszystko, to musicie spędzić tam cały dzień. My, bo nie byłem tam sam, zaczęliśmy naszą przygodę o godzinie 9.00, a skończyliśmy o godzinie 21.00. Zobaczyliśmy wszystko, co było do zobaczenia. Niektóre atrakcje nawet po kilka razy, bo było warto.
Mimo że przy wejściu dostaliśmy broszury z mapkami parku, w których znajdowała się rekomendowana kolejność zwiedzania, zrobiliśmy to po swojemu. Nikt przecież nie będzie nam Polakom narzucał, jak mamy się bawić. Muszę jednak przyznać, że czasem warto stosować się do wytycznych, ale tylko czasem.
Na pierwszy rzut poszła przejażdżka łodzią po zatoce związanej z filmem „SZCZĘKI”. Zabawa przednia, a widoki wynurzających się ponad taflę wody rekinów naprawdę przerażają. Dają do myślenia. Choć tylko za pierwszym razem. Przynajmniej w przypadku parku rozrywki. Jeśli te sztuczne wyglądają tak naturalnie, to nie chcę wiedzieć jak wyglądają te naturalne w naturalnym środowisku.

szczęki, brrr
Drugim naszym przystankiem stała się impreza z filmu „WODNY ŚWIAT”. Nie wiem, dlaczego ten film został tak „zjechany” przez amerykańskich krytyków. Nigdy tego nie zrozumiem. Może, dlatego że nie dostali odpowiednio w przysłowiową „łapę”. Mnie się bardzo podobał i musiałem zobaczyć przedstawienie przygotowane przez Universal Studio Japan. Jak na ironię, prawie wszyscy występujący aktorzy-kaskaderzy byli Japończykami. Pamiętając Kevina Kostnera trudno się przyzwyczaić do jego japońskiego odpowiednika. Dziwnie się ogląda japońską wersję „WODNEGO ŚWIATA”. Jedynie główna bohaterka była Amerykanką. Co było, jak się później okazało wielkim, wielgaśnym, mega wielgaśnym plusem. Oczywiście dla męskiej części audytorium. Przedstawienie samo w sobie ekscytujące. Zmontowane z dużym rozmachem.
Eksplozje, skoki do wody z
wieży o wysokości piętnastu metrów. Skutery wodne i prawie latający samolot pokazały wszystko, no może prawie wszystko, co widziałem w oryginale.
Po takiej porcji wrażeń, w ramach relaksu udaliśmy się na przedstawienie pochodzące z filmów o dzikim zachodzie. O zgrozo, kto widział karateków na dzikim zachodzie? Taki mały absurd. Mimo dynamicznych pokazów walki prawie usnęliśmy. Nie polecam tej rozrywki. No może miłośnikom Johna Wayna, po zmiksowaniu go z żółwiami Ninja. Jednak jak już jesteś w takim miejscu to lepiej zobaczyć wszystko, by potem nie mieć powodów do żałowania.
Dobrze, że nieświadomie stopniowaliśmy sobie atrakcje. Warto było jednak wziąć głęboki oddech przed kolejną porcją wrażeń. Następnym punktem programu była wodna kolejka. Ze spokojną jazdą miała coś wspólnego jedynie na początku. Sama przejażdżka odbywała się w scenerii z filmu „PARK JURAJSKI”. Wspominałem o stopniowaniu napięcia. Tak, podczas jazdy rzeczywiście skutecznie byliśmy usypiani sielską atmosferą. Od czasu do czasu jakiś
dinozaur wynurzył się leniwie z wody czy też objadał się
wodnymi przysmakami. Najlepsze miało jednak dopiero nadejść. Przed wjazdem w ostatni etap wodnej podróży, aby odwrócić naszą uwagę, zostaliśmy przestraszeni przez atakującego nas Tyranozaura. To, co nastąpiło po Tyranozaurze przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Zjazd w dół z piętnastometrowej platformy w sztuczne jezioro robi wrażenie, a serce prawie wychodzi przez gardło, by nie powiedzieć, że jeśli chce się je mieć na tym samym miejscu, to trzeba je połknąć! Z takimi wrażeniami może się jedynie równać skok na bungee z mostu w Dubrowniku. Zresztą oceńcie sami
efekt końcowy.
Kolejnym przystankiem okazał się spektakl pochodzący z filmu „TERMINATOR”. Nie będę się jednak nad nim rozwodził, ponieważ nie zapadł mi w pamięci. Jedyne, co, zrobiło na mnie wrażenie to kawałek filmu w wersji 3D. Reszta, no cóż. Terminator w wydaniu Japończyka nie jest niczym szczególnym. Z całym szacunkiem dla aktora, który go odgrywał. Nikt nie przebije oryginału, czyli Arniego, bo Arni jest tylko jeden - „THE ONE & ONLY”. Tylko w jego wykonaniu sentencja „I will be back” budzi grozę i przemawia do wyobraźni.
Ciekawą atrakcją, szczególnie dla dzieci była przejażdżka po świecie z filmu
„E.T”. Relaks w ciekawym wydaniu, no i przednia zabawa dla dzieciaków, czyli nas. Nie mogliśmy sobie tego odpuścić, chociażby przez wzgląd na sentyment do tego sympatycznego stwora. Chyba wszyscy oglądali ten film. Za czasów komuny byłem na nim w kinie ze trzy razy. W tamtym okresie był niesamowitą wręcz odskocznią od szarości komunistycznej rzeczywistości. Starsi czytelnicy będą wiedzieli, o czym mówię. Film z tak zwanych ponadczasowych można by rzec.
Zobaczyliśmy również mały, aczkolwiek gorący „show” z obrazu „BACKDRAFT”. U nas znanego raczej jako „OGNISTY PODMUCH”. Głównym bohaterem, przynajmniej tutaj w parku był ogień. Nawet ten japoński wyglądał jak oryginał. Trzeba przyznać, że prawie czułem jak mnie dotyka. Opary paliwa, temperatura i ciemność dodatkowo wzmagały uczucie lekkiego strachu i zaskoczenia. Jakby się brało udział w akcji wraz Kurtem Russelem. Nie wiadomo, gdzie mógł się pojawić nasz główny bohater, czyli Mr FIRE .

Mr Fire
Na ulicach parku można było zobaczyć tancerzy, którzy odgrywali kadry z filmu „GREASE”. Jeśli ktoś jest za młody, by pamiętać ten film, to wyjaśniam, że to takie, powiedzmy teraźniejsze „Metro” Józefowicza. Niestety, tego faktu nie zarejestrowałem. Nie żałuję jednak, skoro Arnie w wydaniu Japończyka mnie nie zachwycił, to tym bardziej sobowtór Johna Travolty nie dałby rady. Aczkolwiek możecie sobie zobaczyć, jakimi
samochodami jeżdżono podczas przedstawienia. Tak! Również i mnie porywa ten amerykański sen. Tak samo jak tych małych Japończyków.
W Universal Studio Japan można było również znaleźć figury woskowe postaci z takich filmów jak:
„FRANKENSTEIN”,
„MUMIA” czy będący wtedy niekwestionowanym hitem „GLADIATOR”. Któż nie chciał być generałem Maximusem?! No chyba tylko kobiety tego nie pragnęły. One nie chciały być nim, ale pewnie z nim, a może i pod nim czy też przed nim…. Wedle upodobań.
Zafundowaliśmy sobie również, a jakże, podróż w przeszłość i przyszłość, czyli rewelacyjny film „BACK TO THE FUTURE”. „Lecieliśmy” samochodem głównego bohatera. Trzeba przyznać, że wszystko działo się tak szybko, że nie byliśmy w stanie zrobić żadnych zdjęć, chociaż usilnie próbowaliśmy. Siedzieliście może kiedyś w symulatorze samolotu F-16? Jeśli tak, to odczucia z „lotu” samochodem głównego bohatera były podobne. Jeśli natomiast nie, to koniecznie musicie spróbować. Słowa nie oddadzą tego, co można przeżyć. Może jedynie żołądek będzie Wam wdzięczny za to, że nie spróbowaliście.
Dzień zakończyliśmy typowym „japońskim” posiłkiem, czyli cheesburgerami w typowej „japońskiej” restauracji, czyli w Mc Donaldzie. Ze zmęczeniem na twarzach i satysfakcją w oczach wracaliśmy do Kenshu Center.
Niech Ci, którzy byli z nami w Osace, a nie pojechali do parku, żałują.
Jeśli chcecie poczytać o samym parku rozrywki, to zapraszam na
oficjalną stronę. Z tego, co mi wiadomo park się rozrósł i do opisanych przeze mnie atrakcji dołączyły nowe.
Jeśli natomiast chcecie zobaczyć więcej zdjęć z miejsc wymienionych w tej odsłonie, to zapraszam na mojego
bloga.
W NASTĘPNEJ ODSŁONIE PRZECZYTACIE O MOICH ODWIEDZINACH MIASTA YOKOHAMA.