Dodano: 18 października 2010 r., 19:51:36
Ostatnia aktualizacja: 25 października 2010 r., 13:53:19
Zmierzch i upadek zmechanizowanej Armii Czerwonej. Czystka
W 1936 r. Hitler dopiero na serio zaczynał zbrojenia, zaś ZSRR już je kończyło. W ciągu 15 lat Sowieci, kosztem niewyobrażalnych wyrzeczeń i ofiar, klęsk, głodu, śmierci albo z wyczerpania, albo od kuli i bata - zbudowali nieprawdopodobną, najsilniejszą na świecie armię. Armię świetnie uzbrojoną i wyszkoloną.
Armię, której uprzywilejowani oficerowie zjednoczeni "esprit de corps" i indoktrynowani żołnierze głęboko wierzyli, że to oni rozniosą wielką rewolucję światową i pragnęli tego. Armię, która już dysponowała wszystkim, co gdzie indziej teoretycy wojskowi dopiero rozważali: Wielkie jednostki wojsk spadochronowych - na manewrach pod Kijowem przeprowadzano desant całej dywizji w jednym rzucie. Na zachodzie Europy uważano za zdumiewający wyczyn zrzucenie jednej kompanii, a w Niemczech gen Student dopiero przekonywał Hitlera o przydatności wojsk spadochronowych. Całe korpusy pancerne i zmechanizowane - kiedy w Niemczech prowadzono jeszcze ćwiczenia z tak wyśmiewanymi później drewnianymi makietami czołgów, a Guderian przedkładał studia i projekty organizacji dywizji pancernej. Lotnictwo ZSRR przewyższało niemieckie, co najmniej dziesięciokrotnie, nie mówiąc o lepszych typach maszyn. Armia Czerwona miała nowoczesne uzbrojenie, korzystając z projektów opracowanych i uzyskanych niejasną drogą z USA. Na przykład ręczna broń maszynowa, która nie weszła jeszcze w skład uzbrojenia żadnej armii, nawet USA, a jedynie w skład uzbrojenia gangsterów. (Pionierskie prace nad jej zastosowaniem przeprowadził Al Capone, który niewątpliwie wniósł znaczny wkład w taktykę stosowania broni maszynowej w warunkach miejskich). Albo też czołg o zdumiewająco nowoczesnej konstrukcji i znajdujący się w masowej, seryjnej produkcji, najwyraźniej dostosowany do zachodnioeuropejskich dobrych dróg, a mało użyteczny na bezdrożach Rosji i Ukrainy. Tak, ta armia była już prawie gotowa i wkrótce mogła być użyta.
Hitler polecił przeprowadzenie studiów, wynikało z nich, że tym razem Armia Czerwona zdolna jest pokonać Polskę w ciągu kilku miesięcy. Czyż ci wszyscy głupcy nie zdawali sobie z tego sprawy? Niemcy absolutnie nie były jeszcze zdolne do wojny, nawet do obrony, nie mówiąc już o wyprzedzającym ataku. Nawet ograniczona pomoc w działaniach opóźniających nie mogła uratować Niemiec. W dodatku Armia Czerwona nie musiała czekać na zajęcie Polski - po to zorganizowano wielkie jednostki spadochronowe, po to skonstruowano i wprowadzano latający czołg! (Właściwie, prawidłowo powinien nazywać się szybujący, zdolny tylko do jednego lądowania, po czym, jeżeli się udało (szansa tak pół na pół), odrzucał skrzydła przy pomocy ładunków wybuchowych). Zresztą i zwyczajne szybkobieżne czołgi (BT znaczy "bystrochodnyj tank"), gdy dotrą do dobrej i gęstej sieci drogowej, to w jednym dniu zdolne są przebyć Niemcy aż do Linii Maginota.
Na szczęście, - kalkulował Hitler, - Stalin jest ostrożny i nieufny a raczej tchórzliwy, na pewno nie potrafi się szybko zdecydować, będzie czaił się i wyczekiwał. Najpierw wszystko musi być zapięte na ostatni guzik, potem będzie chciał, żeby go przekonywano, że tak jest na prawdę, a w końcu, żeby najpierw w Europie zrobiło się gdzieś zamieszanie. A ponieważ to właśnie on, Hitler, robi zamieszania a inni siedzą cicho, więc na razie kontroluje sytuację. Przez pewien czas będzie dużo i głośno mówił o trwałym pokoju. On na miejscu Stalina by nie czekał, kiedy wszystko jest gotowe, to zaczyna być już przestarzałe. Armia jest bardzo kosztownym instrumentem, który tworzy się do konkretnego celu. Kiedy jest gotowa, powinna walczyć, albo sama zniszczeje. Jeżeli uda się przeciągnąć ostateczną rozprawę o kilka lat, to Armia Czerwona z maksimum zejdzie na opadający odcinek krzywej, a przeciwnie, Wehrmacht znajdzie się przed maksimum, na rosnącym.
„Dobrze byłoby znaleźć jakieś zajęcie dla Stalina, podsunąć mu jakiś problem. Co mogłoby go najbardziej zainteresować?” - Na to pytanie nie trudno odpowiedzieć. Najwyraźniej od chwili dojścia do władzy, Stalin widział w otoczeniu tylko bandy zwyrodnialców, zaprzańców, zboczeńców i oczywiście zdrajców i zajmował się rozgramianiem ich. (Patrz "Krótki kurs historii WKP(b) „, własne słowa, "straight from the horse mouth").
Zabijał na gigantyczną skalę, Hitler dopiero chciał zbliżyć się do tego poziomu. Stalina najbardziej pociągało najbliższe otoczenie, po prostu ludzi, których znał i widział, automatycznie podejrzewał, nie umiał się temu oprzeć. Pierwsza myśl przy kontakcie z kimś, kto znalazł się w pobliżu to „Czy on może mnie zabić?”, a druga „A czy ja zdążę to zrobić pierwszy?” Logiczne było podsunąć mu podejrzenia, że w Armii Czerwonej jest coś nie w porządku, w kierownictwie, wśród ludzi znanych mu osobiście.
* * *
Hitler polecił, dla zachowania głębszej tajemnicy, nie wywiadowi Niemieckiemu, (Abwehra była pod obserwacją Sowietów), ale nowo utworzonemu, swemu prywatnemu wywiadowi SS, przygotowanie fałszywych dokumentów. Miały one dowieść istnienia spisku w Armii Czerwonej, pierwszy krokiem miało być zabójstwo Stalina. Do fałszerstw użyto oryginalnych dokumentów z poprzedniego okresu ścisłej współpracy z Reichswerą. Zajęli się tym zawodowi artyści tej sztuki, wyciągnięci z więzienia i którzy na wieki zniknęli.
Tak spreparowane materiały pozwolono następnie wykraść zdekonspirowanemu agentowi wywiadu, czeskiego, pozornie z wielkim niebezpieczeństwem. Ten oczywiście też zginął, ale dopiero później, po doręczeniu dokumentu w Pradze. Prezydent Benesz, który usilnie dbał o dobre stosunki z ZSRR, przekazał je na ręce Stalina.
Zmierzch i upadek pierwszej armii zmechanizowanej świata.
Faktem jest, że nawet Hitler nie oczekiwał aż takiej reakcji Stalina. Przeszła ona jego najśmielsze oczekiwania. Przez kilka następnych lat najsilniejsza armia świata po prostu przestała się liczyć, utraciła siłę bojową. To znaczy, ani liczebność tej armii ani jej budżet nie zmniejszyły się w sposób widoczny, ale została ona zdekapitowana, pozbawiona kadry fachowej i kompetentnego dowództwa. Gdy, na początku roku 1939 część "mniej winnych generałów”, którym udało się przeżyć w gułagach, w związku z alarmującym zagrożeniem wojennym wypuszczono i pod ścisłym nadzorem, znów przywrócono do funkcji, musieli oni zaczynać od zera. W pamiętnikach (np. Borysa Szaposznikowa), wysławiających propagandowo bohaterskie czyny w czasie tzw. "wojny zimowej" w Finlandii (najwyższy stopień trudności; mowa nie o wojnie, lecz opisach zwycięstw, gdy ogromna armia ZSRR ponosiła same klęski) - znaleźć można wzmianki, jak powracający od "innych zadań" dowódcy z trudem znajdowali i poznawali swoje jednostki.
Elitarne dywizje, w tym tzw. gwardyjskie, stacjonujące np. w samym Leningradzie, miały wprawdzie nominalny stan, ale był to zdemoralizowany tłum bez przygotowania wojskowego. Praktycznie nie prowadzono wyszkolenia bojowego, serio traktowano jedynie polityczne i ideologiczne. Dla żołnierzy najtrudniejsze było zdobycie żywności na własne potrzeby. Zaopatrzenie nadchodziło wprawdzie, ale nieregularnie i właściwie nie można było przewidzieć, co będzie w następnych dostawach. Nie z powodu sabotażu, ale bałaganu, rozstrzeliwanie, co jakiś czas resztek oficerów służb logistycznych i kwatermistrzowskich nie poprawiało sytuacji. Wojsko we własnym zakresie starało się też remontować i budować kwatery, a problem ten szczególnie silnie występował podczas wyjazdów letnich, trudno nazywać je manewrami. Żołnierze starali się jakoś wyżyć, większość czasu zabierały im sprawy bytowe.
Wojsko nie miało również pojęcia o obsłudze sprzętu, zwłaszcza nowoczesnego, brak było wykształconych i przeszkolonych fachowców. Nie sami, bowiem oficerowie padli ofiarą czystek, podejrzany był także każdy wykształcony fachowiec. W tych warunkach kierowano się zasadą "nie ruszaj, bo zepsujesz", zwłaszcza, że uszkodzenie łatwo mogło być potraktowane, jako "celowa akcja wrogich elementów". Sprzęt wprawdzie znajdował się na stanie (choćby, dlatego, że spisanie strat łączyło się z odpowiedzialnością) - ale tylko część była sprawna. Wiele usterek, które wprawdzie nie pozwalały uznać go za nieprzydatny, ale czasowo ograniczały użycie. Wszystkie służby specjalistyczne, podobnie jak logistyczne, kwatermistrzowskie, itd. była przeciążone, co z nich zostało, znalazło się w stanie rozkładu, nie działało. Pełny bałagan.
Oczywiście, żaden powracający oficer nie odważył się zameldować o tym, co naprawdę zastał, byłoby to samobójstwo w obrzydliwej formie. Musiał sam sobie radzić, z perspektywą powrotu do gułagu w razie fiaska. Powtarzano, więc powiedzenie, że im więcej potu podczas ćwiczeń, tym mniej krwi w bitwie - a pot trzeba było naprawdę wyciskać nie tylko ze siebie, ale i z podwładnych, jeżeli miało znów powstać prawdziwe wojsko.
Zachodzi pytanie, czy ten łańcuch wydarzeń, tak mocno wpływający na historię, został wywołany rzeczywiście przez prowokację Hitlera? Czy to przypadek, czy też szatańskie, perfidne, ale i genialne posunięcie? Czy było coś, co traf i prowokacja Hitlera odsłoniła? Czy naprawdę w Armii Czerwonej istniał jakiś spisek?
Pytanie do dzisiaj pozostaje bez odpowiedzi i prawdopodobnie nie zostanie wyjaśnione. Jak się to mówi, nie ma świadków. Nie przeżył nikt, nawet żaden znajomy znajomych lub krewny krewnych, który mogłyby cokolwiek wiedzieć o tej sprawie. Była ona bardziej niebezpieczna, niż dżuma lub najbardziej śmiertelna zaraza.
Jednak logiczne rozumowanie wskazuje, że żadnego spisku raczej nie mogło być. Po pierwsze, nigdzie nie doszło do zorganizowanej próby oporu, buntu, a przecież gdyby naprawdę istniała jakaś zorganizowana grupa, w obliczu ostatecznego zagrożenia, kiedy nie ma już absolutnie niczego do stracenia, musiałaby podjąć próbę walki. Nawet w ostatniej chwili, gdyby istniała jakaś organizacja i to zawodowych wojskowych, musiałyby mieć opracowany plan alarmowy, to stała rutyna. Nic się nie zdarzyło. A przecież tępienie kadry generalskiej, a potem oficerskiej trwało, przez co najmniej dwa lata, przez cały rok 1937 i 8, nie licząc jeszcze stosunkowo mniejszej liczby ofiar w roku 1936.
Po drugie, przed zniszczeniem kadr Armii Czerwonej, Stalin jednak przynosił jej wielkie korzyści. Był nie tylko wysoko cenionym i potrzebnym człowiekiem, ale wprost mężem opatrzności. Powód jest prosty. Każda armia to kosztowna zabawka, potrzebuje pieniędzy, pieniędzy i jeszcze więcej pieniędzy. Z drugiej strony, nigdy w historii zmilitaryzowane ustroje i reżimy nie potrafiły sobie tych pieniędzy zapewnić. Zupełnie, jakby wykształcenie ekonomiczne i wojskowe stanowiły wewnętrzną sprzeczność. Od czasu Imperium Rzymskiego, ile razy wojsko próbowało rządzić krajem bezpośrednio , w krótkim czasie doprowadzało go do ruiny, w wyniku, czego musiała następnie ucierpieć armia. Z tego powodu, panem armii jest w rzeczywistości ten, kto trzyma w ręku worek z pieniędzmi i jest w stanie zapewnić jej potrzebne środki.
Rosja po strasznych przejściach rewolucji, była krajem zrujnowanym, o najniższym poziomie dochodu narodowego w Europie. Mimo tego, że ludzie żyli w skrajnej nędzy i głodzie, jednak Stalin potrafił skutecznie zmusić ich do pracy nad siły. Wyciskać, być może ponad 50% dochodu narodowego na potrzeby wojska w szerokim sensie (tzn. wraz z przemysłem zbrojeniowym i zapleczem badawczym i konstruktorskim). Obojętnie, na ilu milionach trupów je zbudowano, wielkie piece w Magnitogorsku, fabryki tzw. traktorów gąsienicowych w Charkowie i Stalingradzie (z tajnymi oddziałami, produkującymi BT, Bistrochodnyje Tanki) itp. musiały powstać w terminie. Tłumaczenie z opóźnień to samobójstwo.
W latach 1935 i 6 Armia Czerwona doszła do takiej potęgi, jakiej aż do wojny nie osiągnęła armia hitlerowska. Żaden inny człowiek nie byłby w stanie dostarczyć potrzebnych środków. Nikt nie potrafiłby zastosować takiego przymusu i terroru, zmusić do posłuszeństwa i morderczego wysiłku. Do poświęcenia wszystkiego dla zbrojeń, pracy do zupełnego wyczerpania, czasem śmierci, w głodzie i bez nadziei. Hitlerowskie hasło "Kanonen statt Butter" to drobnostka, Rosja nie dostawała kredytów, pożyczek, nie zbroiła się za cudze pieniądze. Cały ten potworny ciężar nałożono na robotników i chłopów, jako przodujące klasy, ale i na wszystkich innych bez wyjątku, w tym w coraz większym stopniu na niewolników (więźniów obozów). Tak jak w wierszu "Car Piotr wbić kazał sto tysięcy słupów...i na tych słupach i trupach Moskali...", Tylko, że teraz nowe miasta i nowe zakłady budowano na milionach trupów.
Na tle ogólnego piekła, uprzywilejowaną elitę stanowiła Armia Czerwona. Żyli aż dotąd lepiej od innych, na pewno nie głodowali, pracowali wprawdzie też ciężko, ale z poczuciem sensu. Przygotowywali się do wielkich zadań, może do poświęcenia życia i zdali sobie sprawę ze swojej wartości, że to oni "zajeżdżą kobyłę historii", cały świat będzie ich. Łączyło ich coś więcej nawet, niż zwykły „esprit de corps" - poczucie, zamieniające się w pewność, że są wybrani, że już wkrótce się zacznie: Ogólna ofensywa na wszystkich frontach, której nikt i nic nie zdoła powstrzymać. To oni byli ostrzem rewolucji, powołani do jej spełnienia, już wkrótce cały świat o nich usłyszy i zobaczy. To była armia stworzona i nastawiona wyłącznie na ofensywę, na dojście do Atlantyku jednym potężnym uderzeniem bez względu na straty. Nie mówiło się już o obronie rewolucji. Koncepcja obrony własnego terytorium coraz bardziej szła w zapomnienie, teraz mieli przewagę i inicjatywę. A te wszystkie możliwości dał im Stalin, armia była tego świadoma i dlatego bezwzględnie lojalna, na razie.
Owszem, być może kierownictwo Armii Czerwonej, po wojnie, zwycięstwie i opanowaniu świata, albo znacznej jego części, liczyło się z ewentualnością odsunięcia i zastąpienia Stalina, który przestałby już być potrzebny po wypełnieniu swej roli. Jest faktem, że sam Tuchaczewski i jego współpracownicy mieli wyrobiony sąd o Stalinie. Uważali go za niekompetentnego w sprawach taktyki i strategii, co udowodnił fatalnie w wojnie polskiej.
Zresztą, Tuchaczewski nie był orłem. Był urodzonym żołnierzem, kompetentnym i wzorowym oficerem, nawet dobrym generałem, ale na wodza się nie nadawał. Był posłusznym wykonawcą rozkazów bez większych ambicji osobistych, czego dowiódł w czasie masakry zbuntowanych marynarzy w Kronsztadzie. Wypełnił dokładnie instrukcje, chociaż sam brzydził się wpychaniem tłumu jeńców pod lód. Ani przez chwilę nie brał pod uwagę możliwości dokonania zamachu stanu, choć miał wtedy w ręku wszystkie atuty i rzeczywistą siłę. Mógł pochwycić pełnię władzy, z dobrymi szansami na utrzymanie jej. Jednak pozostał posłusznym wykonawcą, tyle, że nie pozwalał nikomu wtrącać się w swoje kompetencje i psuć roboty, którą wykonywał. W sprawach armii starał się zachować samodzielność, nawet wobec Stalina; ale w zakresie fachowym.
Autor pamięta, jak w 1937 r. usłyszał rozmowę rodziców na temat procesu Tuchaczewskiego (i innych wyższych dowódców). Odbył się on publicznie i pokazowo, z powiadomieniem korespondentów zagranicznych. Prasa zamieszczała szczegółowe relacje z sprawy, będącej światową sensacją. Ojciec powiedział, że nie rozumie, jak to możliwie, że oskarżeni w ogóle się nie bronili i do wszystkiego przyznali. Na to matka, że to nic nowego, bo na procesach czarownic też tak było, przyznawały się do wszystkiego i nawet dodawały same nowe oskarżenia.
- Tak - powiedział ojciec - ale to były słabe kobiety, a tutaj sami silni, twardzi mężczyźni, zahartowani, odważni żołnierze, którzy wiele razy patrzyli śmierci w twarz. Wszyscy byli na wojnie, awansowani na polu walki, najlepsi....-
Ta podsłuchana rozmowa obudziła ciekawość chłopca. Kupił IKC (Ilustrowany Kurier Codzienny), który specjalizował się w sensacjach i miał zawsze najświeższe wiadomości, potem czytał wszystkie inne gazety, jakie wpadły mu w ręce. Z braku funduszy, skorzystał po raz pierwszy z prasy w bibliotece DOKP w Poznaniu, do której chodził wymieniać książki, w zastępstwie ojca. Różne gazety przedstawiały różne opinie, ale opis faktów był podobny, reporterzy biegali po Moskwie i starali się wygrzebać nowe wątki. Jednym z nich była śmierć Jana Gamarnika, poprzedzająca te wypadki.
Jan Gamarnik był renegatem Żydowskim z tzw. litwaków, fanatycznym ideowym komunistą, szefem Zarządy Politycznego Armii Czerwonej, pierwszym zastępcą Tuchaczewskiego i jednym z wiceministrów Ludowego Komisariatu Obrony. Właściwie, stosunki były dość skomplikowane, służbowo podlegał Tuchaczewskiemu, ale po linii partyjnej był na pierwszym miejscu, jako prowadzący zespół KC do spraw Armii. Jednak nie miało to znaczenia, bo ci dwaj działali jak jeden człowiek, ściśle współpracowali i uzupełniali się wzajemnie, w zakresie ściśle wojskowym i stosunków partyjnych. Trzeba dodać, Gamarnik awansował z Okręgu Dalekiego Wschodu, gdzie pełnił podobne funkcje przy Bluecherze i tam uważany był za jego przyjaciela, a ostatnio obszczekiwał go w KC i przed Dowództwem Armii Czerwonej. A więc słowa o przyjaźni i lojalności mogą być nie na miejscu, raczej wspólnota interesów.
Podobno, Gamarnik pracował do późnej nocy nad plikiem papierów, gdy oddział GPU włamał się do domu. Powiadomiony o areszcie, zaprotestował gwałtownie, wskazując na papiery. Twierdził, że pracuje nad pilnym raportem, który obowiązany jest przedstawić na sesji Komitetu Centralnego jutro i potem, odda się w ręce GPU. Gamarnik był wielki i silny jak byk, ale w tym wypadku nie miał szans. Z przestrzeloną głową, upadł na stół, a tryskająca krew zalała papiery, czyniąc je całkowicie nieczytelnymi. Wydawało się dziwne, że ten szczegół, o zupełnie nieczytelnych papierach, powtarzał się we wszystkich doniesieniach, jakby przypisano mu wyjątkowe znaczenie. Być może, w świetle przypuszczeń opisanych w końcowym dodatku, tak właśnie było; chodziło o uniknięcia pytań o te papiery. Być może agenci GPU, zobaczywszy treść, przerazili się, że nikt, kto to widział, nie przeżyje. Naiwnie, chcieli oszukać swoją śmierć.
Korespondenci gazet światowych nie byli dopuszczeni na sesję sądu, musieli zadowolić się komunikatami, ale polowali na informacje, nie szczędząc sił ani środków, przeważnie posługując się reporterami moskiewskimi i osobistymi kontaktami. W tym towarzystwie, nieźle przedstawiał się Polski IKC, który płacąc ciężkie pieniądze (jak na polskie warunki, choć prawie nic w porównaniu do wielkich koncernów), nie dał się wyprzedzić. Nikomu jednak, teraz ani w przyszłości, nie udało się odnaleźć żadnego z ludzi, którzy tam byli. Choć wychodzili ze skóry, zdobycie takiej sensacji oznaczałoby sławę i karierę.
Parę dni później, aresztowano Tuchaczewskiego i siedmiu czołowych generałów. Jeszcze tej samej nocy specjalny Sąd Wojskowy na nadzwyczajnej sesji skazał wszystkich na śmierć, egzekucji dokonano rano. Posiedzenie miało przebieg jawny w obecności reporterów prasy ZSRR. Oskarżeni do wszystkiego się przyznali, oskarżali siebie i innych, potwierdzali wszystkie zarzuty i wymienili dalsze nazwiska, wskazując winnych.
Potem ukazały się komentarze, że już na pierwszomajowej trybunie, Tuchaczewski stał izolowany, a także, z Dowódcy Armii Czerwonej, został przesunięty na Dowódcę Okręgu Nadwołżańskiego. Podobnie Jakir z Dowódcy Okręgu Kijowskiego, przesunięty do Okręgu Leningradzkiego. To zły znak, ale przedtem Tuchaczewski odstawiony był na parę lat na boczny tor w Okręgu Leningradzkim, a jednak wrócił i jeszcze się tam dokształcił, (co zaowocowało jego koncepcją głębokiego przełomu i Armii Zmechanizowanej).
Dziesiątki dalszych oskarżonych jeszcze przed śmiercią wskazało setki innych, te setki tysiące, a potem już ruszyła lawina, obywając się bez publicznych i jakichkolwiek procesów. Formalności załatwiano często dopiero po śmierci podejrzanych. Nazywało się to czystką w armii.
Podobne czystki odbywały się uprzednio, choć nie tak wielką skalę, w siłach bezpieczeństwa. Kolejni komendanci Czeka, GPU, później NKWD i w końcu KGB, nazwy się zmieniały, ale nic poza tym - nieodmienni kończyli w celi śmierci. Jagoda, Jeżow, innych Angus nie pamiętał, był jeszcze zbyt mały, żeby się tym zainteresować. Potem zabijano ich współpracowników i też przeprowadzano "czystkę". Albo „wymiana", w podobny sposób batalionów ścisłej ochrony Kremla, Łotyszów, Chińczyków. Na wzór obcych gwardii królów francuskich, Stalin czuł się lepiej wśród ludzi nie mających żadnych więzów ze społeczeństwem). Teraz GPU było już dość oczyszczone i mogło zająć się armią.
W Armii, zabito obecnie prawie wszystkich dowódców z inicjatywą: zastępców Komisarza Obrony, za wyjątkiem Budionnego i samego Komisarza Ludowego Klimenta Woroszyłowa, który związany był ze Stalinem od czasów obrony Carycyna (Wołgogradu). Był tam dowódcą ze Stalinem, jako Komisarzem Politycznym. Wspólnie rozsmakowali się w morderstwach na barce rzecznej, gdzie szczególnie wygodnie było pozbyć się trupów, karmiąc nimi ryby. Miasta nie obronili, oddali go „Białym”, ale tak masowo wytępili przeciwników politycznych, że „Kontrrewolucja” nic na tym nie zyskała.
Obecnie Woroszyłow pozostał na stanowisku Ludowego Komisarza, aby wyznaczać Sądy Wojskowe i zatwierdzać wyroki, a drugi zaufany Stalina, Budionny, przewodniczył w ważniejszych sądach na początku. Gdy sądzono i zbijano Marszałków, wypadało, by sędzia był równy stopniem. Z wyjątkiem tych dwóch, zabito pozostałych trzech Marszałków ZSRR, wszystkich dowódców siedmiu Okręgów wojskowych i ponadto 90% generałów. W tym 60 z 67 dowódców korpusów, 136 z 190 dowódców dywizji, 221 z ok. trzystu dowódców brygad itd. A także ok. 90% pułkowników. Zginęło około 35 tysięcy oficerów i nieznana liczba podoficerów i żołnierzy, zwłaszcza specjalistów i techników z wykształceniem. Brak dostępu do szczegółowych danych, lecz prawdopodobnie, co najmniej 70 tysięcy ludzi rozstrzelano, to i tak drobna ilość, w porównaniu do wszystkich ofiar Stalina. Gdyby jeszcze nieistniejące dywizje pancerne SS wpadły wprost do sztabów Armii Czerwonej, nie zdołałyby osiągnięć podobnego rezultatu.
Wynik naprawdę katastrofalny, jeszcze w 1940 roku, kiedy już, od co najmniej dwóch lat Stalin usiłował odbudować Armię Czerwoną, z kontrolowanych 225 dowódców pułku, ani jeden nie ukończył Akademii, tylko 25 było po szkołach oficerskich, pozostałych dwustu po sześcio- lub trzy- miesięcznych kursach na podporucznika. Ok. 70 % dowódców dywizji, pułków oraz komisarzy politycznych zmieniano, pełnili swe funkcje tylko kilka miesięcy (dane ze sprawozdania Inspektoratu Generalnego Piechoty).
Flota już poprzednio przeszła gruntowną czystkę, jeszcze po Kronsztadzie i buntach marynarzy czarnomorskich, dlatego tym razem nie ucierpiała tak poważnie (tylko wyższe dowództwo) i zachowała zdolność bojową. Rozstrzelano wszystkich Admirałów Floty (stopień odpowiadający Marszałkom), wszystkich Admirałów Pierwszego stopnia i dziewięciu z piętnastu Admirałów drugiego stopnia, lecz niewielu kapitanów i oficerów.
Przez dłuższy czas wydawało się, że ocaleje armia zmechanizowana dalekiego wschodu, stojąca w gotowości bojowej naprzeciwko wojsk japońskich. Dowódcą jej był legendarny bohater ZSRR, prawdopodobnie największy strateg ZSRR, chociaż jednocześnie, podobnie jak Mac Arthur, trudne dziecko – marszałek Bluecher. Pozostawał on w złych stosunkach z Tuchaczewskim, ale miał zbyt wielkie zasługi i sławę, aby się go pozbyć (podobno przewyższał samego Frunzego), więc Tuchaczewski wyznaczył go na to samodzielne, lecz dalekie stanowisko. W tym czasie dochodziło już do częstych incydentów między Armią Kwantuńską i Armią Czerwoną, w podobnym scenariuszu rozpoczynały się współczesne działania wojenne na dużą skalę. Na wiosnę 1938 Bluecher złożył publiczne oświadczenie, że wojska ZSRR na dalekim wschodzie postawiono w stan bojowy. Przygotowane są one na każdą ewentualność i zdolne do odparcia agresji. Oświadczenie to stało się sensacją dla prasy całego świata. W świetle późniejszych zdarzeń zapewne można je uważać za próbę ocalenia własnej głowy (nie zmienia się wodza armii przed bitwą).
Precz, Japonio, precz, Mandżuko
Wnet Sowiety cię zatłuką!
Tak w marsowej, groźnej pozie
Japończykom Bluecher grozi.
.....
Jedno słowo, generale:
Czy nim przytniesz wrogom palce,
Sam nie spoczniesz gdzieś, w Łubiance...
(Łubianka, przed wybudowaniem Lefortowa, była centralnym więzieniem i miejscem kaźni GPU)
Ten kalambur, który Angus przeczytał chyba w Małym Dzienniku Katolickim z Niepokalanowa, okazał się później proroczy. Nawet w obliczu tak krytycznej sytuacji na dalekim wschodzie, Stalin nie miał zamiaru przepuścić ostatniemu wielkiemu dowódcy. Najpierw, jako zastępcę Bluechera wysłał zaufanego swego, nieznanego dotąd generała Żukowa. Nie wyróżnił się on dotąd zdolnościami, a przypominał trochę, nawet fizycznie, Tuchaczewskiego: też silny, prawie atletyczny i również bez dyskusji, dosłownie wykonujący każdy rozkaz. Wkrótce potem Bluecher został wezwany na naradę do Moskwy, wyjechał publicznie i uroczyście ze wszystkimi honorami i świtą specjalną salonką (reszta świty w drugiej). Lecz do Moskwy te wagony nigdy nie dotarły, przynajmniej oficjalnie. Zniknęły po drodze wraz z pasażerami i nigdy się więcej nie pojawiły. Jakby na kpiny zarządzono oficjalne poszukiwania, znowu prasa całego świata miała kolejną sensację i ubaw. Jednak tym razem nie było ani oficjalnego procesu, ani lawiny dalszych aresztowań.
W Polsce komentowano to różnie, albo Bluecher okazał się prawdziwym mężczyzną i nie załamał nawet na torturach, albo też zbyt szybko umarł, nie wytrzymując tortur. To drugie byłoby o tyle dziwne, że przy torturach ważnych osobistości obowiązkowa była asysta lekarza (zaszczytna funkcja, mówiło się, że to prosta droga do uzyskania stopnia akademika, o ile oczywiście lekarz nie popełnił błędu).
W każdym razie proces Bluechera nie odbył się, nigdy więcej w tej sprawie nie usłyszano i oczywiście nikt nie odważył się zapytać ani wątpić w to, że generał po prostu zdematerializował się w drodze. Nie przyznał się i nie wskazywał dalszych winnych, więc Armia Dalekiego Wschodu ocalała. Może zresztą, dlatego, ż wkrótce potem rzeczywiście rozpoczęła się japońska inwazja.
Żukow bardzo dokładnie zrealizował opracowany przez Bluechera plan i pobił Japończyków. Zapoczątkowało to jego wielką karierę. Niewątpliwie wiele się nauczył i skorzystał przy tej okazji, co dało mu przewagę nad innymi radzieckimi generałami, wysuniętymi w tym czasie przez Stalina. Taki na przykład Timoszenko, któremu Stalin powierzył całość armii, pojmował atak, jako operację siłową, dosłownie trykanie głową w ścianę. Planowanie oznaczało dla niego obliczenie wielkości, masy i przybliżonej wytrzymałości tej ściany, ilości potrzebnych głów i ich gęstości, nasycenia na poszczególnych odcinkach. Być może jeszcze zaplanowanie ilości i rodzaju potrzebnych hełmów i następnie środków opatrunkowych - ale to już tylko w wypadku, jeżeli Stalin osobiście zaakceptował i zezwolił na zwłokę.
Wprawdzie również Żukow nadal pozostał zwolennikiem rozwiązań siłowych. Jednak już samo zetknięcie się z takim mistrzem manewru, jakim był Bluecher i następnie tylko pośmiertne wykonanie jego planów, ogromnie poszerzyło horyzonty Żukowa. Wykonał te plany skrupulatnie i wiernie. A choć oczywiście nie osiągnął poziomu mistrza, bo tego nie można się nauczyć, potrzebne jest jeszcze wrodzone wyczucie, predyspozycja, którą następnie doświadczenie rozwija, wystarczyło to żeby zostać gwiazdą pierwszej wielkości. Na ówczesnym bezrybiu i rak był wspaniałą rybą.
Koncepcja armii zmechanizowanej wyszła zwycięsko z najtrudniejszej próby, w walce z prawdopodobnie najlepiej wyszkolonymi wówczas i niebezpiecznymi żołnierzami, Armii Kwantuńskiej. Jednak, siły ludzkie nie mogą równać się z siłą maszyn. (Prawdopodobnie był tylko jeden sposób zmiany sytuacji, Japończycy dysponowali przewagą lotniczą. Ale ich Lotnictwo i Flota skupiły uwagę na innym kierunku, Armię Kwantuńską uważały za konkurenta. Brak współpracy i koordynacji przesądził teraz i później.)
Idee Tuchaczewskiego znalazły uznanie po jego śmierci, na nich oparł założenia taktyczne, a następnie strategię Guderian, korzystali z nich wszyscy specjaliści broni pancernej. Tylko w ZSRR, Woroszyłow demontował nadal nowoczesne wielkie jednostki i tworzył własnego pomysłu, mieszane korpusy. W pocie czoła kręcił się tak w kółko aż do wojny Fińskiej, kiedy nawet Stalin musiał zauważyć jego niekompetencję i pozostawił go w roli głównego potakiwacza, ale na bocznym torze.
Teoretycznie Armia Czerwona miała wciąż 12 tysięcy czołgów, jeszcze więcej do roku 1941. Ale były one niezdatne do bitwy, około 80% nieprzydatnych do niczego, przestarzałe, zrujnowane wskutek braku konserwacji i fachowej opieki. Można powiedzieć, ze te, które mogły się poruszać i dojechały, nadawały się na defiladę. Armia Czerwona powinna się ich pozbyć w najbliższej składnicy złomu, ale przedstawiały one ogromną inwestycję i nikt nie odważył się zameldować tego Stalinowi. Stanowiły ciężkie brzemię, a nie pomoc, w kampanii 1941 r. Około 15 % przetrwało Niemiecki atak i walczyło, drugie tyle zniszczył ogień nieprzyjaciela, ponad 60 % jako nieruchomości, została porzucona gdzieś przy drodze. Gazety Niemieckie pokazywały zdjęcia wielkich potworów o kilku wieżach. Zwykle dwóch lub trzech, ale autor widział fotografię aż z siedmioma, rekord. Przypominały ewolucję dinozaurów, niektóre zdumiewająco wysokie i ogromne, ale chyba z cienkim pancerzem odpornym najwyżej na broń strzelecką. Produkowano je w zakładach taboru kolejowego, zamiast pociągów pancernych. Skośne płyty pancerza przywodziły na myśl ewolucję, ale raczej zbroi i hełmów średniowiecznych. Niektóre tak wielkie, że chyba nawet uszkodzone przez artylerię mogłyby jeszcze kontynuować walkę. Oczywiście, Sowiety dysponowały wieloma konstrukcjami, w tym Vickersa, Renaulta, v. Gotte’a (Niemieckie), najbardziej nowoczesne Christie (USA), sami też rozwinęli i ulepszyli BT. Mieli doskonałych konstruktorów i projektantów, biura i zakłady, ich czołgi nie były gorsze, a te nowoczesne zdecydowani lepsze. Lecz te przestarzałe, powinny być od dawna wycofane. Tylko, że dowódcy bali się wydać decyzję najbardziej oczywistą, pozbyć się tej kuli u nogi. Nie koniecznie na złom, chociaż taka masa stali mogła być użyta ponownie. Albo na przykład wykorzystać uzbrojenie do ponownego wyekwipowania Linii Stalina. A płyty pancerne i pudła po okopaniu, jako punkty ogniowe lub bunkry. Motory i podwozia do transportu, Armia Czerwona miała za mało zwykłych ciężarówek, korzystała głównie z kolei albo nóg i to był jej słaby punkt. Stary sprzęt kosztował mnóstwo krwi i potu, to jedna z przyczyn, dla których Armia Czerwona poniosła na początku tyle klęsk. Dopiero stopniowo odzyskiwała swobodę ruchów, gdy starych zabytków i tak nie dało się uratować. Chociaż zapewne obejrzenie fotografii w starych gazetach, może być ciekawe.

T-28
Autor, jako Polak nie żałuje, że Tuchaczewski nie mógł użyć Armii Zmechanizowanej we właściwym czasie. Polska nie miałaby w takim wypadku żadnych szans. Reszta Europy też. Lecz Stalin wyciął serce Armii Czerwonej w obawie, że zwycięskie dowództwo stanie się bardziej popularne od niego. Jaki sens miałaby Światowa Rewolucja, jeśli nie pod jego dowództwem?
Późniejsze uzupełnienie. (Teczka Józefa Dżugaszwili)
Istnieje inne wyjaśnienie tych zdarzeń, właściwie pogłoska, nie poparta wystarczającymi dowodami, tylko pośrednimi. Z początku autor nie brał jej poważnie, jednak ukazuje się coraz więcej publikacji i wydaje się, że ta trzeba wspomnieć tą hipotezę. Oto streszczenie, bez komentarza.
Walter Krywicki i Aleksander Orłow, agenci wywiadu radzieckiego, w 1938 r. odmówili powrotu do ZSRR i uciekli. W sprawie czystki w Armii Czerwonej, przedstawili następującą historię: Oficer GPU Stein badający archiwa Ochrany (carskiej policji politycznej) znalazł w 1937 r. teczkę Józefa Dżugaszwili, płatnego informatora i prowokatora, który przybrał później miano Stalina. Stein obawiał się pokazać te papiery przełożonym, lecz udał się do swego krewnego i opiekuna, który protegował go w GPU. Ten z kolei, (Katselson), był protegowanym pierwszego sekretarza partii komunistycznej w Kijowie, Kosiora i przedstawił je jemu. Kosior omówił sprawę ze swym bliskim znajomym, Jakirem, szefem Okręgu wojskowego Kijów, obejmującego Ukrainę. Ten z kolei zwrócił się do Tuchaczewskiego. Tuchaczewski porozumiał się ze swoim pierwszym zastępcą, Janem Gamarnikiem, pozostawiając teczkę w jego rękach w celu opracowania sprawozdania, jakie postanowili przedstawić jutro, na posiedzeniu Komitetu Centralnego. Sprawa bardzo poważna, musiała zakończyć się kompromitacją Stalina i niewątpliwie wyrokiem śmierci.
To wszystko znamy tylko z opowiadań i książki Krywickiego, „Byłem szpiegiem Stalina”. Bezpośrednio po jej wydaniu, został on zastrzelony przez nieznanego sprawcę, co uprawdopodabnia jego historię Ponad to świadkowie twierdzili, że liczył się on z niebezpieczeństwem, co może być traktowane, jako zeznanie w obliczu śmierci. Lecz wkrótce potem atak Hitlera spowodował, że Stalin został zaliczony do aniołów, a co najmniej błogosławionych. Nie było mowy o dalszych dyskusjach o „Wujku Joe”, jak go nazwali Amerykanie.
Orłow był agentem starszym i bardziej doświadczonym. Wydał swoją książkę pt. "Tajna Historia zbrodni Stalina" już po jego śmierci, w 1954 w Londynie. Zasadniczo nie ma różnic, jednak napisał, że uzupełni ją szczegółami zawierającymi wiele nazwisk i faktów w oświadczeniu, które ma zostać opublikowane po jego śmierci. Umarł spokojnie w 1973 r., ale być może, że był to tylko sposób zabezpieczenia się lub mały szantaż, gdyż nic więcej się nie ukazało.
Wreszcie Gienryk Łyżkow, szef GPU na Dalekim Wschodzie, po tajemniczym zniknięciu Bluechera uciekł do Japończyków. Była to sensacja nie mniejsza, niż sprawa Światły (zastępcy Radkiewicza). Ale media ówczesne nie miały takiej siły, a także Japończycy woleli zachować informacje tylko dla siebie. Łyżkow nie składał publicznych oświadczeń, autor nie znalazł żadnych dalszych danych. Po wojnie, w uznaniu zasług jego stróż, Japoński oficer pozwolił mu popełnić „seppuku”, ale on nie czuł się godnym takiego zaszczytu i po prostu się zastrzelił, może z pomocą. Jasne, że nie chciał wpaść w ręce NKWD. Ukazało się trochę wzmianek, ale bez szczegółów.
Dowody nie są całkiem pewne, moim zdaniem, najbardziej przekonywujące jest, że po egzekucji ofiar zabito z kolei ich katów. To typowe postępowanie Stalina po usunięciu świadków, zabójcy mogli dowiedzieć się czegoś od zabitych. Po czystce w armii, Jeżow i co najmniej 90% jego współpracowników i czołowych dowódców GPU straciło życie. Następnie zlikwidowano też wszystkich mniej ważnych funkcjonariuszy, którzy uczestniczyli w zbrodniach i „obróbce” więźniów. To charakterystyczna cecha działań Stalina, gdy chodziło o uciszenie wszystkich świadków i następnie fałszowane historii. W 1938 Jeżow i jego najważniejsi współpracownicy i wspólnicy, a w 1939r. pracownicy i podwładni byli już martwi, nie pozostał nikt, kto miał udział w mordowaniu i torturach oficerów i mógł się czegoś dowiedzieć. W końcu nawet znajomi znajomych, którzy mogli coś usłyszeć.
* * *
W Rozdziale 8 (
www.andrzej-anonimus.com), „Kapsule: Los jeńców Radzieckich” opisano tragedię znaczne większą, która dotknęła miliony. Do niewoli Niemieckiej trafiło około 6, 5 miliona jeńców, Hitler wymordował większość z nich. Pozostałą część (przeżyło prawdopodobnie 1, 5 do 2 milionów), wykończyć kazał Stalin. To on ponosił winę za początkowe klęski, podłożył się Hitlerowi, podwładni wykonali tylko dokładnie jego rozkazy. Jednak znowu sfałszował historię, przedstawił się w niej, jako genialny wódz i strateg, nigdy nie popełniający błędu. Wszyscy, którzy wykonali jego rozkazy i wiedzieli jak było naprawdę, poznali niekompetencję dowództwa, musieli zginąć. Wtedy mógł stworzyć swoją wersję, jedyną dozwoloną w ZSRR.
Te wszystkie zdarzenia o coraz większej liczbie ofiar, od wymordowania dawnych bolszewików, towarzyszy partyjnych z czasów rewolucji, następnie kadr nowoczesnej Armii i wreszcie jeńców wojennych mają wspólny mianownik. Celem było zawsze to sam: ukrycie prawdy, usunięcie świadków, nawet każdego przypadkowego obserwatora. Jasne, że gdyby chodziło o zdradę tylko grona kilku generałów, nie trzeba byłoby uciekać się aż do tak krańcowych metod. Lecz jeżeli w grę wchodził obraz, a konsekwentnie popularność i bezpieczeństwo Wielkiego Wodza, żadna największa liczba ofiar w porównaniu z tym nie miała znaczenia.
Z drugiej strony, należy również przedstawić argumenty przeciwne tej teorii. Zdaniem autora, najpoważniejszym jest eliminacja Jagody i nominacja na stanowisko szefa NKWD Jeżowa, połączona z czystką w NKWD. Dokładniej, to, że te zdarzenia nastąpiły tuż przed prowokacją Hitlera, a także domniemanym znalezienie teczki Stalina. Trzeba by założyć, że Stalin już przedtem szykował się do czystki w Armii Czerwonej, a dalsze zdarzenia zmusiły go do przyśpieszenia decyzji. Możliwy, ale jednak mało prawdopodobny zbieg okoliczności.
Jagoda był pierwszym zastępcą Dzierżyńskiego, przodującym Czekistą o „wysokim standardzie moralnym” zaangażowanym całym sercem, nieprzekupnym i bezwzględnie „prawym” (czy raczej lewym), według swego szefa. Bez wątpienia, równie krwawy potwór, jak sam Dzierżyński. Po śmierci swego poprzednika, jeszcze bardziej rozwinął i ulepszył wielką machinę śmierci i rozsławił jej złowieszczą nazwę. Poza wielką sprawnością, okopał ją i umocnił, tworząc swoją własną armię, mniejszą, ale lepiej wyposażoną (także w ciężki sprzęt) i lepiej wyszkoloną od Armii Czerwonej. Złożoną z wybranych ludzi, jeden jej oddział był w stanie pokonać kilka, może trzy równe oddziały regularnego wojska. Zupełnie jak „Waffen SS” w porównaniu do Wehrmachtu, lecz zasadnicza różnica polegała na tym, że ta armia nigdy nie walczyła z wrogiem, lecz tylko z żołnierzami Armii Czerwonej, jeśli ci nie wypełnili zadań. Na froncie, mieli wprowadzać dyscyplinę i popędzać ich do walki strzałami w plecy. Swą przydatność wykazali podczas zorganizowanego przez Państwo, wielkiego Głodu na Ukrainie. Tysiące chłopskich synów, zabierając broń, dezerterowało wtedy z Armii Czerwonej, bunty zaczęły się szerzyć, ale GPU spacyfikowało je krwawo. Jak dotąd, NKWD nigdy nie wystąpiło przeciw Dowództwu Armii Czerwonej ani jej sztabom, ale czołowi generałowie z Tuchaczewskim mieli obiekcje przeciw istnieniu równoległej, konkurencyjnej Armii i podwajaniu istniejącej struktury. A kiedy Stalin mianował Jagodę marszałkiem, to dla zawodowych wojskowych było za dużo. Jak to, człowiek, który nigdy nie walczył w prawdziwej bitwie? Kat i oprawca własnych żołnierzy, potrzebny, lecz pogardzany, został równy im stopniem?!
W ten sposób Stalin zrobił Jagodę z „uczciwego komunisty” najbardziej poszukiwaną zwierzynę łowną w ZSRR, naznaczył go Judaszowskim pocałunkiem. Kiedy więc następnie mianował „krwawego karła” Jeżowa na miejsce uwięzionego Jagody, miał za sobą poparcie Armii Czerwonej. Ważne jest jednak to, że te wszystkie wstępne kroki, czystka w NKWD, i przejęcie pełnej władzy w tej organizacji, umożliwiająca następnie czystkę w Armii Czerwonej, miały miejsce jeszcze w 1936r.
Każdy wypadek wyjątkowego zbiegu okoliczności budzi podejrzenia, historia bywa często skomplikowana. W tej sprawie przedstawiam tylko opinię dyletanta. W wieku informacji mam nadzieję, że znajdą się nowe, lepsze źródła i wyjaśnienie wątpliwości.
Na przykład, Kosior prawdopodobnie w żadnym przypadku nie mógł przeżyć, ale dlaczego razem z nim zginął cały Komitet Kijowski WKP(b) na Ukrainie? Lojalność nie wyjaśnia tego, mogłaby dotyczyć większości, ale nie wszystkich. Czy więc istniały jakieś związki z czystką w Armii Czerwonej? Prasa tak była zajęta głównym tematem, że na takie drobnostki nie zwracano uwagi. Warto dodać, że niespodziewanie, w buty Kosiora wszedł mało znany dotąd Chruszczow. Podobne zdarzenia miały miejsce w Republice Białorusi.
Autor słyszał kilka wersji. Różne, często sprzeczne pogłoski przenikały z ściśle odgrodzonego, jednak położonego w bliskiej odległości, tylko o kilkaset kilometrów „raju” komunistycznego. Podobnie jak ze sprzecznych informacji w prasie, można sobie wyrobić własne zdanie na podstawie sprzecznych pogłosek, ale to jeszcze nie świadczy, że jest prawdziwe.
Więcej patrz: Tajna Historia II Wojny Światowej, andrzej-anonimus.com
History of the Decline and Fall of the mechanized Red Army.
In the year 1936 Hitler had only just began the armament program, Stalin had already finished his.
Over the last fifteen years the Soviets, at an unbelievable cost of extreme penury, offers, starvation, accidental deaths from exhaustion or bullets, flogging - had achieved something astonishing: the strongest army in the world. An army where the privileged officers, united by an "esprit de corps," and the privileged soldiers strongly believed they were chosen for great deeds, for spreading The Great Revolution across the whole world. An army equipped in all the new wonders of technology that other armies only discussed and studied, with divisions and corps fully mechanized. The Red Army had in-service almost ten thousand tanks when Guderian was only just making plans for organizing an armored division and the German soldiers were studying the tactics with wooden models. Much later, Germany started the war in 1939 with only about three thousand.
At the maneuvers near Kiev in 1935, the Soviets made a show-landing of a whole airborne division, while in Germany General Student had just persuaded Hitler of the possibility of dropping soldiers with parachutes. Elsewhere dropping of a few platoons was almost a wonder. Besides, the Red Air Force had more than five thousand planes, about ten times as many as Germany, which reached four thousand only in 1939. German pilots trained in the Soviet Union by the Soviets.
The Soviet tank designed by Christie came into mass production as the BT model ("Bistrochodnyj," or "speedy" tank), able to move at speeds of up to a hundred kilometers an hour.
With machine-guns, only American gangsters were so equipped. Yes, the Red Army was ready and should begin action now. Could all the fools still be unaware of this? All of Europe, including Germany, remained unprepared for even defensive warfare, not to mention an early preemptive attack.
Hitler commissioned a detailed study, which suggested the Red Army now would be able to push through Poland in a couple of months, and continue on Germany. Any delay in Poland even with German help would be immaterial, because the Red Army could begin the offensive in Germany before closing the Polish campaign. That was why the divisions of paratroopers trained - and the flying tanks were devised. (To be exact, they were actually gliding tanks. They could glide in the air only once and with luck, might arrive in one-piece. Before action, the wings had to be destroyed with explosives.) In either case, traditional tanks would be enough, the speedy BT on good expressways could in just days cross Germany to the Maginot line (eventual changing the tracks for wheels in about half an hour). From there Stalin would have several choices, from amicable contacts with the "Front Populaire" in France to applying force; anyway in a short time all Europe could become communist.
"Well," continued Hitler, "a good point, Stalin is a suspicious coward, slow with decisions. He probably will wait, skulk, lurk and wait again. Then he'll ask if all is ready and if there is any chance of possible misfortune, and all around will assure him success is guaranteed. Then he will wait again for some shock or ugly business happening in Europe. The only time he will ever act with lightning speed is when he is afraid for his safety. Then he will kill first, think later."
Hitler inferred himself to be the person in Europe making the worst turmoil. If for a time he could speak about peace and how bad and ugly war is, which he knew from experience as former front soldier, it would temporarily soothe all around and allow him time to plan. He, in Stalin's place, would not wait a moment, since the moment all is perfect ready, it begins to become outdated. An army is an expensive instrument and should be created only for a concrete task. If it does not fight, it decays. If it was possible to delay the deciding moment a few years, the Red Army would go down from a maximum potency, while the Wehrmacht, on the other hand, would improve.
It would be best to find any temporary engagement for Stalin, spur him with some problem. What may interest him most? The answer on this question was not too difficult. Right from coming to power Stalin saw around only never-ending gangs of degenerates, renegades, perverts and of course traitors. His preferred hobby was crushing them, damage, destroy, maim, mutilate, smash, squash and grind. Look a the chapter titles of "The brief course of affairs of WKP(b)" - history of Bolsheviks, his straight words in ugly slang.
He was, like Hitler, a natural, born killer, all the time the first, with Hitler on a poor second place. Well, but he could murder easy and never cared about keeping up appearances, when Hitler at first tried to control himself, and next had not enough time. If Hitler may continue some years longer, maybe the top place would become his. Anyway, Hitler did it from preference, when Stalin from need. He automatically suspected all people he saw, especially from close environment. His first thought, at any new contact, would be: "Can he kill me?" - and the second: "Can I do kill him first?" He never tried to resist his instinct. So most logical would be to push a suspicion, there is something rotten in the Red Army, in the Command, between people he knew and already must have suspect.
Hitler ordered in a deep secrecy, not to the German State or Military Intelligence ("Abwehr"), suspecting the Soviets may watch this, but to his new, private SS Intelligence fabricating of false documents. For the forgery they used original documents from bygone times, when Red Army cooperated close with Reichswehr; also the best „artist" in profession, pulled from prison. Not a smallest footprint remained. However, after years people tell the name of Franc Putzig, a superstar, who about the time vanished from prison, the world and never reappeared.
Next, so prepared masterpiece SS allowed to pilfer by a known and stalked by Germans agent of Czech intelligence, seemingly a superhuman task, ostentatious despite great dangers. He too was slain, but only in the Czech capital Prag. President Benesh, who persistently took utmost care about good relations with Soviets sent the papers straight to Stalin.
* * *
Hitler never expected such an extreme reaction from Stalin, exceeding his greatest hopes. It was too good to be true, out of proportion. Over the next few years the impressive Red Army, the most modern, bold and powerful in the world, crumbled to a ruin, lost any fighting ability. Neither the number of men nor the budget shrank, but the army, beheaded and decaying, lost its proper organization. The institution became a vague leftover, a confused mob in panic.
The memoirs of the "less guilty generals," who with luck missed the shooting party and survived the Gulags, tell they had to start from scratch to form the troops again. About 1939, because of the alarming international conditions and under tight control as possible traitors, some described their efforts. A difficult work, to compose those books and journals, only cautiously mentioning the true condition of soldiers. More so, in the later "Winter War" with Finland they had to present the story as heroic and famous from the viewpoint of the Soviets. Yet it was a war between a vast country with more soldiers than the entire population of the small opponent. Despite all the propaganda, the Red Army suffered a terrible toll and discredit.
The divisions, including the elite Guard, stationed in Leningrad (the former Petrograd), the second capital of the Soviets, surely had a full quota, but not of soldiers; it was a demoralized, rotten crew without elementary knowledge in warfare. They learned only the political and ideological indoctrination from the commissars and this with zeal under duress, but forgot any combat training. Besides, the soldiers had to care on their own living needs. Supplies didn't dry up full, to be sure, but came irregular and not exactly what was necessary. Transports were a guess, they could contain food or just as likely anything unexpected. Occasional shooting of the officers responsible for logistics didn't correct the sad circumstances. During the summer maneuvers especially, the troops had to build or arrange for themselves their quarters, supplies and living conditions; the combat exercise, if any, came last. (On the other hand, thieving a few potatoes surely is a practical war exercise.)
Both the ranks and the plain soldiers hadn't a bloody notion about servicing and maintenance of the technical equipment, especially if modern. This happened because not only the officers had been subjected to the purges, some soldiers too, especially the educated specialists and technicians. It was not so much an issue of them all having been shot, but a matter of simple caution: an education equal to a ticket to the Gulag. In such conditions it was better to hold a distance, "don't touch or you may click it the wrong way" and if something broke down, the responsibility for a deliberate sabotage could be death. Besides, the equipment might be in the troop's register, but only a part was in proper condition, a part not functioning at all, or functioning but defective and faulty. Nobody was willing to inspect either the books or the gadgets, taking on himself the responsibility and danger. In fact all the specialized services of the army remained, but paralyzed: nothing functioned correctly, a clear pall-mall.
Of course, none of the reconstituted commanders dared to report openly about what he noted. It would be a suicide in the most distasteful way. Each must cope with these matters himself, if not, he would be sentenced again with less chance of survival the second time. Back came the old saying, more sweat in training means less blood in real fighting. The commander had to make the soldiers, and the remaining old and newly promoted officers, sweat, but heavy, including himself too.
A good question, whether the whole deadly purge with its effects for world history, could be the result of a simple provocation by Hitler? Was it only a devil's idea, a perfidy, a cunning if smart untruth, or was there any ground in facts that eventually emerged? In short, could there have been any real conspiracy in the Red Army?
Until today, this question remains unanswered and probably never shall be. They are neither living witnesses nor anybody who has any knowledge, however distantly related, of anyone involved. This case was like a fatal virus: everybody who had any contact, died.
But sound reason, plain logic dictates the existence of any conspiracy within the top command of the Red Army was hardly probable. First, there was never any resistance, none riots occurred. If there were any organization, any corporate body, then in face of a supreme threat, where nobody could survive and nobody had anything more to lose, there would have been some response. It is impossible, that all culprits would drop defense, passively awaiting their fate, not even trying to run. In fact, if there had been a secret organization, the men would have been better prepared. A standard procedure between professionals, especially the staff, would be to have ready an alarm plan. They could at least try to fight. It is much better to die fighting than to be executed, and it seems impossible that all would accept execution without resistance (more so if they were professional warriors and so conditioned). Yet nothing like this happened, even though the killing continued a longtime (well into middle of 1938) and the numbers grew rapidly.
The lack of any proof, material evidence may be for a proper communist considered only a bourgeoisie superstition, no sense to stretch this point. In Russia all accused people always admitted their guilt and this was enough for the jury, without further evidence. In fact there was no difference between accused and guilty.
But the second and most important, deciding argument is that before rubbing out the Red Army cadres, Stalin "fed and bred them," in fact brought them large profits. He was not only a useful and necessary man, but a providential benefactor. The premise is simple enough: an army is always an expensive game, needing money, more money and again money. On the other side and luckily for the people, all military regimes or governments have been unable to produce the money they needed themselves, as if military and economic education excluded each other. From times of the Roman Empire, every time the army took over the finances, it ended with ruin and economic disaster, subsequently affecting the army itself. To say it short, in the long run the purse controls the army, if it is enough heavy to guarantee the necessary resources.
Russia after its lost war and terrible revolution was a penniless country, with minimal national income. Nevertheless even with the people weak and hungry, living in extreme poverty, Stalin compelled them to work beyond their limits for a nominal pay of maybe twenty percent of the work's real value. Of all the budget, probably half was spent on industrialization, armaments, weapons development (research included) and the Army. The rest on the security forces, the Party and administration. Regardless of how many million died, the ironworks, blast furnaces, metallurgical great ovens in Magnitogorsk, had to work on full-time. Even more. so, the factories for tractors and bulldozers in Kharkov and Stalingrad, unofficially producing tanks (the BT, T28 and the T34 models). In the armaments program no extension was allowed, better respect the timetable or heads would roll. Already in 1935 and 1936 the Red Army had achieved a degree of power the German Army was not able to gain until the end of 1939. No other leader could bring such effects; no one could employ such duress, stress and inhuman methods, exacting obedience and discipline. Make the poor creatures work without rest, with not enough food - in fact without hope - till death. Without protest, which would speed up the death.
The Nazi slogan "cannons instead of butter" was by comparison small potatoes. The Soviets got no foreign credit, no loans; they could not build the army on borrowed money as Germany did. The total monstrous weight, in form of indirect tax, a deep cut in effective wages, rested first on the leading, progressive classes of workers and peasants. Even the so-called "parasites" cached and imprisoned in the Gulags, had to work first and die later. As in the verse about building Petrograd: "Tsar Peter bid a hundred thousand peasants to place in the earth a hundred thousand wooden trunks, on these trunks mixed with dead bodies of Muscovites he build…." But now it concerned not hundreds of thousands, but millions of dead, under the monstrous constructions.
Compared with the common inferno, the Red Army surely represented the privileged upper crust. They had a better life, didn't know hunger, worked hard but felt the sense and value of it. Prepared themselves to great doings, with possible loss of life, but certain of being the chosen "to saddle and ride the mare of history," taking their position on "the edge of the proletariat's sword." What united them was the feeling, that soon it would begin, an all-out offensive on all fronts, nobody and nothing could hold them back till they conquered the world. Those who survived would take the honor. It was an army created for victory; with one strong thump, pass to the Atlantic Ocean, or perhaps only to the Maginot Line, to France. This country with its Popular Front under Blum might be prompted to join with the Soviets, adding a combined weight in the Spanish civil war.
If not the whole world at once, then at least all Europe. Forgetting the primary task of the army, protection of its own territory, they threw their hearts over to the cause of the Great World Revolution. All the great prospects being the doing of Stalin, the Red Army was aware of this and loyal in full, or at least temporary.
Perhaps after the triumph of the Red Army, conquering the world or a large part of it, the command would exchange the Great Leader; Stalin might become unnecessary. Sure Tuchaczewski and his close coworkers had a low opinion of Stalin, inept in strategy and tactics, as shown by the Polish war. On the other side, Stalin for a longtime suspected the former top commander, Frunze, of Bonapartism. And after his death (probably aided by Stalin), suspected now Tuchaczewski.
But Tuchaczewski was not a Napoleon, had neither the eagle eye nor the ambitions. Yes, he was a competent and outstanding officer, then a good general, but not good enough for the role of top commander. Rather an obedient and servile subordinate, performer of orders, as he showed during the marines' revolt in Kronsztad. He executed them in mass, although he didn't like pushing the mob of prisoners under the ice in the freezing seawater. Not for a moment did he consider the possibility of a coup d'etat, although at that point he had in his hand enough power. Could take the government and close a deal with the marines, holding all the aces with great chances for continuation. But he had the nature of a subject and remained so, only wanting some independence in his professional capacity, when working for the Army. He was sure he knew his job better and could be stubborn, even in front of Stalin.
Angus had some sense of this, as around June 1937 he heard his parents discussing the Tuchaczewski trial, in company with other top commanders of the Red Army. Or rather a show conducted in public, in the presence of newspaper correspondents, being surely a top hit of the universe. Father said he couldn't understand why the accused abstained from all defense and declared themselves guilty. On this Mother commented, this happened before, the accused in the witches' trials also confessed all and often added more imaginary sins.
"Yes," answered father, "but they were women, the weak sex, and these are cool and hard customers, who repeatedly stared in the face of death on the battlefield. Came to their rank in the war, many times promoted for courage and bravery; the chosen best."
These overheard words aroused the boy's interest. He even bought a copy of the "Illustrated Courier Daily," always first with sensation news, with excellent reportage service. He also read any newspaper he could lay hands on. Because of dwindling finances, next he began to read the news in the Railroad library, where he often changed the books in place of his father. As usual, the different papers presented different comments, but similar descriptions of facts. The correspondents of all countries hunted in Moscow for facts and extra bits, even slight ones. Again the Illustrated Courier was the first where he read about the death of Jan Gamarnik, which preceded the following arrest.
Gamarnik was a Jewish renegade, an ardent, fanatical communist, the head of the Political Education Directorate, first Deputy of the People's Commissariat for Defense and a member of the Party Central Committee responsible for the Army. In fact, it was a more complex pattern, in the Army he was first deputy of Tukhachevsky but in the Party his superior. Anyway, it has no importance, because the two worked closely together, both in the Army and in the Party. Maybe close friends, but it needs telling that Gamarnik came from the Far East Army, where he had a similar duty by Marshal Bluecher. They too called themselves friends, nevertheless Gamarnik in his new role denounced Bluecher both in the Party and in the Army. The word friendship had probably a temporary meaning, based on common interest.
According to the news, Gamarnik was working late at night over a pile of papers, when the crew of NKWD forcibly entered the house. On announcement of arrest, he protested fiercely, showing the papers. Said he was working on an important report he must present at the Central Committee session the next day; after that, he would be at the disposition of NKWD. Gamarnik was a large and powerful man, but without a chance. Shot repeatedly through the head he dropped on the table, and a pool of blood made all the papers unreadable. This point was excessively stretched by all the sources, but perhaps necessary to leave unanswered the question, what did the papers contain. Or maybe the GPU agents, after seeing them, were terrified that anyone knowing the contents had not a chance for survival. So they tried a lie, hoping to cheat their own death. We shall return to this story later.
Within a few days, NKWD arrested Tukhachevsky and seven top generals and in rapid session the military tribunal sentenced them all to death. They were executed the next morning. The tribunal continued in the presence of Soviets correspondents. According to their reports the defendants did not defend the imaginary crimes, telling names, confirming whatever the investigators demanded from them.
Afterwards appeared in the press the retroactive news that already at the May 1st Parade, Tukhachevsky stood alone, isolated and was transferred from Moscow as Commander of the Volga District. Also Marshal Yakir from the command of the Kiev District got a transfer to the Leningrad District. This was a bad omen, but Tukhachevsky had been transferred before, once to the Leningrad District. However he came back and even learned much there, about technique (this knowledge resulted in his ideas of a Mechanized Army and a deep breakthrough).
The accused not only confessed all that their tormentors demanded, but invented more crimes, adding others to the list of accused. The tens of those first sentenced and killed, pointed out hundreds. The hundreds became thousands and then started an avalanche, without public trials and a great part killed without any trial at all, or the formalities fixed after the death of the suspects. This was called a purge in the army.
Similar purges had happened before, but never with such high numbers of guilty=dead. In the Party, in the security organs (Czeka, GPU, NKWD, KGB, the labels changed), most of the top functionaries ended their career in a death cell. But in the Army, all active top commanders were executed and ten of eleven deputies in the People's Commissariat of Defense. All except the old crony of Stalin, Budyonny and the Commissar of Defense Voroshilov. He was the commander at Volgograd with Stalin as political commissar. Stalin first tasted the mass murders on a river barge, where he could conveniently dispose of the dead bodies in tens and hundreds. They could not effectively defend the town, the "Whites" took it, but all the counterrevolutionaries were so completely wiped out, the Whites gained nothing. Now Voroshilov remained in office, necessary to sign the death sentences and put up the military tribunals. The second of Stalin's old cronies, the mentioned Budyonny, presided over the more important ones.
Except for these two, all Soviet marshals were shot, all contemporary top commanders, about ninety percent of generals. (This included 60 of 67 corps commanders, 136 of 190 division commanders, 221 of 390 brigade commanders.) Also about ninety percent of colonels, all in all about thirty-five thousand officers and an unknown number of noncommissioned officers and soldiers. Nobody made out a total account, but the number of victims probably exceeded seventy thousand, chicken-feed comparing with all victims in all the purges.
But the result was devastating. Already in 1940, when in the face of imminent war Stalin tried to rebuild the armed forces, of the two hundred twenty-five investigated regimental commanders on active service, not one had been educated in the military academy. Only twenty-five had finished an officer school, the remaining two hundred were graduates of courses for second lieutenants. More than seventy percent of division commanders, about seventy percent of regimental commanders and about seventy percent of division commissars and military commissars occupied the position only for months. (The report of the Inspector General of Infantry.)
It was slightly better in the Fleet, although all the Fleet Admirals, all Admirals of the first rank too, and nine of the fifteen Admirals of second rank the jury sentenced to death. The marines and officers had already met the purges earlier, after the Kronsztad and Black Sea riots. The Fleet kept more fighting ability.
For some time it seemed as if the Red Army of the Far East might just save their souls, standing in battle readiness against the Japanese troops. The Commander being Bluecher, the famous civil war hero, probably the best tactician of the Soviets, but like McArthur in the US a difficult "enfant terrible." There was bad blood between him and Tuchaczewski, but being too good to be ignored (some said he was better than Frunze himself), Tuchaczewski sent him to an autonomous position far, faraway. Now there constantly occurred incidents with the Japanese Army, a scenario recognized already as leading to a serious war. In 1938 Bluecher announced the Red Army in the Far East was on alert, preparing for any eventuality and able to resist any aggression. This impressive statement made a splash in the world press, but later appeared an try to save his own life (people consider it rather bad policy to change top commanders just before the battle).
Precz, Japonio, precz, Mandżuko
Wnet Sowiety cię zatłuką!
Tak w marsowej, groźnej pozie
Japończykom Bluecher grozi.
..............
Jedno słowo, generale:
Czy nim przytniesz wrogom plce,
Sam nie spoczniesz gdzieś, w Łubiance... Off, Japan, off Manchukuo
Before long the Soviet will trash you
So in a threatening posture
Bluecher induces fear in the Japanese
.............
One word only, general:
Whether, before cutting the enemy fingers
You may rest in the Lubianka?
(Lubianka, before the Lefortowo, was the main political prison and slaughterhouse of the Soviets).
This limerick, which Angus read probably in the small Catholic journal from Niepokalanów, appeared oracular (or considering the source, would we do better to call this a prophecy, if sinister?). Even facing the crisis of immediate war in the Far East, Stalin wouldn't spare the last of the great warriors, especially as Bluecher was an old friend and coworker of Gamarnik.
To start with, Stalin sent to Bluecher as his deputy a trusted, but still relatively unknown general Zhukov. He was not outstanding, rather a young general, physically reminiscent of Tuchaczewski: strong, athletic, rather fervent, but particular in following the orders word for word. Soon Bluecher was called to a conference in Moscow, pulled out of the station solemnly with pomp and ceremony in two special salon cars, with many aides. But wouldn't you know it, the train arrived in Moscow without the salon coaches and all the passengers had vanished into thin air. The government issued a general search and a wanted warrant and the foreign press made much funny business. Nevertheless, this time there was no show-trial followed by an avalanche of arrests.
People in Poland supposed that either Bluecher had proved himself a real man and did not go to pieces even under duress and torture, or died quickly following the shock. The second eventuality would appear rather unusual, considering that torture of a VIP would be necessarily carried out under the supervision of a physician. (Considered in Soviets a honorable work indeed, a direct way to earn a rank of academy degree, supposing the doctor didn't commit a blunder.) Anyway, as a show-trial of Bluecher didn't take place, he confessed nothing and accused no one; the Red Army of the Far East had a lucky save. Maybe such luck came only because soon thereafter began in truth the expected Japanese invasion.
Zhukov in all details carried out the plan wrought by Bluecher and trashed the Japanese good and proper in what was until then the greatest tank battle. This was the beginning of his career; without doubt, he learned a lot from this tutor, if only realizing one plan, taking advantage of the exceptional crisis. And he held this advantage for good, topping all generals advanced meanwhile by Stalin. For instance Timoshenko, commanding next the whole Red Army, considered an offensive to be a headfirst powerhouse drive to the wall. Planning would mean estimating the quality, weight and accounted strength of the wall, the number of heads needed as well as the density and saturation of them on every square meter. If there was time for fine details, he would calculate the types of helmets and transport of bandages, dressings and plasters for the broken heads, but this only if Stalin allowed the delay.
To be sure, Zukow too remained a partisan of the powerhouse. Nevertheless, the short contact, in part postmortem, with such a master of quick movements as Bluecher did enormously broaden his views. Although never could he act equal to the tutor, because tutelage is not enough, it is necessary to be born with a feeling, a natural predisposition - nevertheless he became a star of first quality. If there is a lack of fishes, the crab shall become a capital fish.
The Mechanized Army passed the first practical test with flying colors. With the ideas of Tuchaczewski accepted in the theory of modern warfare, he became an authority after his death. This concerns also the Germans, Guderian copied the tactic and later also the new strategy. But in Russia the obtuse Voroshilov was busy with taking apart the great units and next creating his own. Wasting all modern technique he came back to the corps, worked with sweat on his back running in circles till the Finn campaign, when even Stalin saw his incompetence. From that time he remained still Stalin's yes-man, but didn't make any decisions.
* * *
Nominally the Soviets had already fifteen thousand tanks, more in 1941. However, they became unfit for a battlefield, well, about three quarters unfit for anything, already outdated, full of mechanical faults, ruined without proper maintenance. The majority could just move till the next breakdown. The Army should have disposed of them in the nearest scrap metal depot, but they presented a giant investment and nobody from the personnel had the courage to report this to Stalin. And so they remained, not an advantage but a heavy burden for the Red Army in the 1941 campaign. After a few days about fifteen percent of the Soviet tanks survived and fought effectively, about an equal number were destroyed by enemy fire. About two thirds were abandoned on the road, they became stationary real estate after a few kilometers of retreat. The German newspapers were full of photographs of the huge monsters with several turrets, mostly two or three. The record number was, I remember distinctly, seven turrets. They looked like an evolution of dinosaurs, a few of the older ones astonishing tall, with a giant profile and weak casing, good only for small caliber fire. But the behemoths were so great that even wounded by artillery they still could continue the fight, the greatest evolved from the armored train wagons. Or the sloped armor: it had also evolved, but in this case resembled the armor of the medieval knights. It would be interesting to view the old newspapers.
In fact, the Soviets had many projects and constructions. It is true they brought the constructions of Renault, Vickers, even of the German von Gotte and the most important and progressive of Christie from the US, but they also introduced many novel ideas. They had outstanding engineers, project crews and offices, and in bygone years these tanks were not worse, rather better compared to their contemporaries. But the Red Army should have liquidated the old ones long before. However the internal conditions became so tense and dangerous that nobody dared to do the most obvious.
Maybe not all exactly for scrap metal (and much first-class steel it would supply.) The Army could install the weapons in the abandoned fortifications of the Stalin Line. After taking the armory plates and weapons, the remaining motors, or motors with fuselage could be used for transport in an army which had obviously too few trucks. Or use the outdated tanks, entrenched, as pillboxes. The point is, they not only were not good, but also demanded much blood and sweat, one more reason the Red Army performed at first so badly. It would be better to cut the losses or use the unfit tanks for improvised tasks, than lose men and freedom of movement; the investment anyway came to nothing, become a total loss.
Being a Pole, the author does not regret that Tuchaczewski could not use the Mechanized Army at the right time and in the most effective manner. Poland surely would not have any chance, the rest of Europe's countries probably not, either. But Stalin decided to kill, cut out the heart of the Red Army, before other commanders become victorious and more popular than he. What would be the sense of the world revolution triumph, if it was not him standing on top?
* * *
Addendum. The won-lost record of Joseph Dzugashvili.
There may be another explanation. A rumor, without material evidence and in fact based only on some tales and circumstantial evidence, unproven. At first the author thought this could not be taken seriously, but with time there have appeared more and more serious publications about this theory. Here a short report of the story, without comment:
The rumors began before the Second World War with two men, Walter Kriwicki and Alexander Orłow, who ran away from the Soviets in 1938. Or rather declined to return after the purges, they were spies in Europe. This is what they told: in 1937 an officer of the GPU the name of Stein, researching old archives of Ochrana (the tsar's secret police) found a file of Joseph Dzugashvili (Josef Dżugaszwili), a paid informer and agent provocateur. Dżugaszwili later called himself Stalin.
Stein was afraid to go with the papers to his superiors, but he consulted with his cousin, name of Katselson, his protector in the GPU, who decided to go to his protector, the Party's first secretary in Kijów, Kosior. Kosior discussed this with his pal Yakir, chief of the Military District of Kijów and Ukraine and this went with the problem direct to Tuchaczewski. Tuchaczewski decided to present the information before the Central Committee, which would amount to a disgrace of Stalin (ending straight with a bullet). He left the file in hands of his friend and first deputy, Gamarnik.
All this is only a tale, but a fact is, a person unknown shot Walter Kriwicki in Washington in 1941 directly after publishing his book "I Was Stalin's Agent". (The first edition was published in London in 1939 but went unnoticed because of the beginning of WW II.) This somehow corroborates his story and besides may appear “a confession in articulo mortis - testimony in the face of death" (he was fully aware of living on borrowed time). But in a short time the German attack brought Stalin to the side of the angels, this was not the right time to discuss the ugly story, he became in the US an "Uncle Joe."
Orłow was a much superior master spy, more experienced. He published his book "The Secret History of Stalin's Crimes" in London in 1954, after the death of Stalin. Mentioning the same story he announced that he had prepared a statement with details, names and places to be published after his death. He died peacefully in 1973, but no publication appeared, so perhaps it was only a blackmail or a safety line.
Also there was a Henry Liushkov, head of the GPU in the Far East, who after Bluecher vanished, run over to the Japanese. It was a sensation not any worse than the defection of Światło (the Deputy of Surety minister Radkiewicz). However the media at the time had not such an impact as today. Angus could not find any more about this, than Liushkov didn't make any public statements, but only to the Japanese officers who held him. In award of this, he was allowed to commit "seppuku" as the Kwantung Army surrendered, but he felt unworthy of such a honor. He simply shot himself, maybe with the help of his guardian. But there were some late editorials about him, mentioning similar details.
All in all, nothing decisive, but for the author the most convincing fact is that after the executions in the Red Army, the purges continued with executions of the executioners. It was Stalin's manner of acting, a characteristic pattern - to leave no living witness. By 1938 and 1939 Jeżow and more than nine tenths of his top deputies, coworkers and associates were dead. Thus also all minions of these, who "worked over" the Red Army and who might have heard something about the matter.
In Chapter 8 (
www.andrzej-anonimus.com, "Capsule: The fate of the Soviet captives" there is description of the tragedy of Soviet POWs. A vast number, up to six and a half million of them captured the Germans. Hitler murdered the majority, but the remaining part, maybe one and a half or up to two million survivors were executed by Stalin after the war. Stalin was guilty of the whole war disaster, but decided to falsify the history, presenting himself as a genius of a leader and strategy wonder, who never made a mistake. To keep the truth a secret he decided to kill all the witnesses, any who knew about his incompetence. By rubbing out all who could tell the truth, he created his own private history, the only one allowed by the Soviets.
All the events - the purges in the Party to wipe out the vintage Bolsheviks, the destruction of the Red Army, the murder of the surviving prisoners of war - have a common denominator, to erase any possible observer, suppressing the truth. Of course, if it would be only the matter of the treason of a few generals, there would be no need for such extreme measures. But if the affair concerned the image and the safety of the Great Leader, thousands or millions dead troubled him not.
To be fair, it is necessary to mention also the facts against this theory. One of them is that elimination of Yagoda and nomination on the Head of NKWD Jeżow and resulting radical changes in the personal arrangements preceded both the Hitler provocation and the supposed find of Stalin's Ochrana file.
Yagoda was the former deputy of Dzierżyński, one of the first "Chekist" of high standards, dedicated and incorruptible (but fanatic, a bloody monster, as well as his master). Later he further developed the death machinery and kept up his reputation for great efficiency and a great (and terrible) name. He entrenched himself well and had his own private army, few in numbers but much better equipped (heavy weapons included) and trained, than the regular Red Army, with picked men. A battalion of NKWD troops was as bad and dangerous, as three or more of the Red Army. Almost an analogy with the German Wehrmacht and Waffen SS but with the difference the NKWD troops never fought any enemy, but only Red Army soldiers, if they performed inadequately.
The NKWD had never yet seriously interfered with the Red Army command or the General Staff (or rather the Main Staff), but the top commanders with Tuchaczewski had strong objections about the parallel army and the dual pattern. When Stalin promoted Yagoda to a full Marshal rank, it was too much for them. A man who had never fought in a battle, a man who only persecuted soldiers! From this moment Stalin made Yagoda a most wanted prey and easy game for all the military. It was a Judas kiss and when subsequently he named the "bloody dwarf" Jeżow in his place and dismissed Yagoda and next arranged his execution, he had the full backing of the army. With this, Stalin took the NKWD fully in hand and the next task would be to do the same to the Red Army. All the preparatory steps he had taken already in the year 1936.
This could be an exceptional coincidence. The history is much more complicated and here only a dilettante presents his opinion. There are proper sources and in this age of information, accessible to all, if some undervalued.
For example, Kosior obviously could never survive, but the question is, why did the whole Kiev Committee of the WKP in the Ukraine perish with him? Could this have anything in common with the purges in the Red Army? The press was so busy with the main dish sensation, there were almost no comments. It was exactly the time when the place of Kosior took the less known Chruszczow. A similar coincidence happened in Byelorussia. The author knows only a few details which spread from a parallel and strongly separated, but rather close by, the Soviet paradise. No way to know the full truth.