Dodano: 21 kwietnia 2010 r., 18:23:21
Ostatnia aktualizacja: 21 kwietnia 2010 r., 18:23:21
Witamy w Dogville
Młoda dziewczyna siedzi w zamyśleniu. Jej oczy błyszczą w świetle księżyca. Coś jeszcze - odzywa się w końcu do pochylonego nad nią mężczyzny – mieszka tu kobieta z pięciorgiem dzieci. Niech patrzy, kiedy będziesz je zabijał. Powiedz jej, że przestaniesz jeżeli zdoła pohamować lament i łzy.
Małe miasteczko Dogville, zagubione gdzieś między górami, oddalone od świata i ludzi, tętniło swoim leniwym rytmem. Pozorny spokój unosił się niczym poranna mgła, nad jego obywatelami. Jednak melancholia dnia codziennego, nie pozwalała mieszkańcom zobaczyć, że duch egoizmu przenikał ich umysły. Jedynie młody pisarz, Tom, dostrzegał to coś, co można by było nazwać tajemnicą miasteczka Dogville. Swoimi przemyśleniami często dzielił się na zebraniach, które sam organizował, nie dostrzegając niechęci i dezaprobaty tych, którzy na owe zabrania chodzić musieli. Mieszkańcy Dogville, jak wszyscy chyba ludzie, posiadali tą negatywną cechą charakteru która nie pozwala dostrzegać problemu dopóty, dopóki nie jest on widoczny gołym okiem. Niestety, spokój nie był przeznaczeniem miasteczka, tak samo jak nie był przeznaczeniem samego Toma, który pomimo wielu szlachetnych cech, które posiadał, borykał się z problemem własnej zagubionej tożsamości.
Był ciepły wieczór, kiedy Tom usłyszał huk strzałów, dochodzących z oddalonego lasu. Siedział właśnie na swojej ulubionej ławeczce, rozmyślając o książce, której wciąż jeszcze nie napisał, kiedy z ciemności wyłoniła się postać kobiety. Młoda dziewczyna, o imieniu Grace miała stać się tą, która przynosi świadomość. Lekcja, którą przeżyła za sprawą ludzi z Dogville, stała się jej wewnętrzną drogą do prawdy, którą wcześniej odrzucała.
Po raz kolejny, duński reżyser Lars von Trier swoim dziełem, skłania nas do refleksji nad sensem ludzkiej egzystencji. Zamknięci we własnym, często błędnym, świecie wartości, żyjemy marnując dni na bezsensownej walce o własną godność. Przez większość część filmu widzimy tragedie Grace oczami znanej nam moralności. Identyfikujemy się z jej bólem, cierpimy i ubolewamy nad niesprawiedliwością, której stała się jej udziałem. Cierpienie nie zawsze uszlachetnia, często ogłupia i upadla, mówi jeden ze współczesnych filozofów.

Czy jednak nie jest właśnie tak, że owo ogłupienie i upodlenie jest nam potrzebne właśnie po to, żeby zejść z piedestału własnej dumy? Każde bowiem, wyjście z kryzysu daje nam możliwość wejścia na wyższy poziom rozwoju. Czyż nie właśnie to miał na myśli Jung mówić, że oświecenie to świadome stwarzanie ciemności? Czy aby zrozumieć pustkę własnego „ja” należy całkowicie owo „ja” unicestwić? To niektóre z pytań, jakie nasuwają się po obejrzeniu filmu „Dogvillle”. Lars von Trier należy do tej grupy nielicznych reżyserów, którzy potrafią jeszcze pozostawić widza w zadumie. Dramat i niejako świadome niedopowiedzenia, skłaniają do przemyśleń i refleksji. Historia wymyślonych bohaterów, staje się w pewnym momencie naszą historią. Historią, którą odkrywamy powoli i z pewną nieśmiałością. Nic tak bowiem nie boli, jak prawda o nas samych.
Duński reżyser, współtwórca manifestu Dogma 95, wzywającego do minimalizmu w sztuce filmowej, zawsze stara się przekazać swoim odbiorcom coś więcej niż tylko estetyczny czar X muzy. Właściwie o samą estetykę w filmach von Triera trudno. Sceny kręcone kamerą „z ręki”, w naturalnych plenerach, bez rekwizytów, muzyki czy dodatkowego światła sprawiają, że publiczność zamyka się w wąskim, ale wiernym reżyserowi gronie osób, nie szukających jedynie cukierkowego piękna lecz głębi, która powstaje w wyniku refleksji nad obejrzanym obrazem.